Początki

Udźwięczniam słowa pierwszą linijką zwrotki. Litery ustawiam od największej do niewidocznej prawie, do ogona z mgły, którym się rozpłynie niedopowiedziana myśl, nieskończona, żeby pobiec na puste pole wyobraźni i wybrać własny tor, własny kształt, swój wyraz, strój na ten wieczór, na chwilę.

Zaczynam słowa, których nie kończę, albo, których koniec rozplata się jak warkocz i zakrywa całe plecy kręconymi włosami, otwierając, tym samym, nowe możliwości, na nowe uczesanie, nowy szyk, nowy styl.

Puszczam słowa jak bańki, jak nasiona dmuchawca, które po pierwszej literze wybiegają z domu na wszystkie strony świata, szczęśliwe, uwolnione, niesione wiatrem innych myśli już, poza granicami znanego dźwięku, poza melodią, poza sobą niemal. Odmienne, nie do poznania.

Lubię początki. Pierwsze cegły, które skrupulatnie ustawiam jedna na drugiej, równiutko, od linijki niemal. Pierwszy rządek, drugi, trzeci, a potem zaczynam budowę z innej strony, od kuchni, albo pokoju gościnnego, próbując w ten sposób, zatoczyć granice całości, jakiś okrąg cyrklem namalować, punkty wybrane połączyć, nie zauważając, że one skaczą już jak piłeczki pingpongowe. Że już nie należą do okręgu, do żadnej figury, do zdania i do wypowiedzi. I zostawiam ten dom, nieskończony, dobrze nawet niezaczęty i resztę budują moje myśli. Tak inne codziennie, wciąż z nowym pomysłem, według nowego projektu.

Cichy szmer toru na drodze, po którym odjeżdżają domyślne końce. Zbyt twarde, by je ujarzmiać zatrzymywać, dopasowywać do chóru otoczki, atmosfery, która w planie dopiero jest, nieodkreślona, choć już nasycona kolorami pragnień. I zbyt blade jednocześnie, zbyt przezroczyste, żeby w chwili jednej, z tej niemal niewidzialnej materii, wyłuskać jakąś esencję, jakieś nasycenie jednej barwy, jakąś większość jednakowych znaków, utwierdzających w obranym kierunku, dających bezpieczeństwo trafnej odpowiedzi. Znów mi się wszystko rozbiega. Miałam dłonie pełne wody, której jak zwykle nie doniosłam, bo znalazła dla siebie małe szczeliny przestrzeni, gotowe drogi ucieczki przed moim wzrokiem. Odpłynęła przez naturę rzeczy wezwana, jakby tym samym mówiła mi, że nie jestem jej panią tylko dlatego, że znam jej dotyk i właściwości.

Zostało kilka mokrych kropel, które mnie już nie upoją, ale będą wciąż przedsmakiem tej pieśni, której śpiewam zawsze tylko pierwszą zwrotkę. Zanim wyschną. zanim się wchłoną w zakamarki zapomnienia, w szczeliny budowy nieskończonej. Zanim trawą obrosną i mchem, przykurzone, wyblakłe, będą udawać, że są tu od zawsze, zanim był poczatek.

Nie kończę moich myśli do ciebie, moich zdań nie pakuję do kolorowej torebki, nie zamykam na guziki, na zamek, nie oprawiam w złote ramy, pozwalając farbom na płótnie na mieszanie się jedynie między sobą. Chcę, by się mieszały ze światem, nieskończone początki o wielu końcach. Poszukujące.
Nie ucinam nadprutych niteczek, i kiedy mówię pierwszymi literami tylko, to dlatego, że się boję w twój świat wejść cała, zanurzyć się, ukraść twoją przestrzeń, twoje miejsca oswoić i bywać w nich jak u siebie, tak od razu, od pierwszej wizyty, być brakującym, piątym elementem. Czekam na odkrycie wszystkich moich kolorów.
Mówię początkami, i wyciągam rękę, jak na powitanie, ufając, że ją złapiesz, że nasze palce się splotą, a moje myśli zarzucą kotwice w twojej głowie i wreszcie wynurzą się kształtem, jakiego żadne z nas się nie spodziewało, ale będzie to kształt określony przynajmniej i widzialny. Razem złożymy tajemnicze zaklęcie. Z początku i z końca. Z dwóch kawałków jednego zdania. Uderzam w gong i czekam na spektakl z połączenia światów, gdzie moje słowo ma twój odpowiednik; idealne pary bliźniąt z dwóch różnych matek.

Otwieram buzię i przed pierwszym dźwiękiem jeszcze, obserwuję chmurę, która zaczyna się ze mnie wydobywać, tak gęsta przy wielkiej literze, a potem zmienia się w mgłę, coraz rzadszą. Nigdy nie znika, szuka jedynie gruntu, na którym mogłaby osiąść, nieba, na którym zawisłaby jak puchata przystań, cukierkowy obłok, posmak jednego szczęśliwego okrzyku.

Udźwięczniam słowa pierwszą linijką zwrotki. Zaczynam śpiewać nieśmiało, by z solisty przejąć za chwilę rolę chóru lub duetu. Nie, żeby przestrzeń oddać, lecz, żeby nie zajmować jej całej. Żeby postawić swoją cegłę, rozglądając się, czy z którejś strony, nie pieczętuje jej zaprawa, nadająca jej moc istnienia, podkreślająca jej melodię i walory. Twój wzrok.

Kropki zdań na dłoni złożone, rozdmuchuję, jak zawsze niedbale, nie patrząc, gdzie lecą. Jak fajerwerki, unoszą się w niebo kolorami, a potem znikają, ale z mojego pola widzenia tylko. Nie szukam przystani dla moich myśli, ani krawca, który zgrabnym szwem je wykończy, ugładzi. Szukam końca na czubku twojego języka, w głębi gardła.

Udźwięczniam słowa pierwszą linijką zwrotki. Pierwsze kładki przybijam na moście, którym wzrok nasz kiedyś będzie wędrować. Rozśpiewany.

Advertisements

4 thoughts on “Początki

  1. Cudowne… Zachwycam się dżwiękami i brzmieniem, tak właśnie brzmieniem tych słów… To jak zabawa w rozdmuchiwanie dmuchawców, wydmuchiwanie kolorowych baniek… Jest w tym fragmecie tyle powietrza i tyle przestrzeni, ach…!

Możliwość komentowania jest wyłączona.