maraton

Przebieram szybko nogami. Bardzo szybko. Czasem mam wręcz wrażenie, że szybciej niż potrafię, choć to wydaje się niemożliwe. Do tego macham rękami. Gdy stoję w miejscu, to te ręce zastępują mi też ruchliwe nogi i macham podwójnie. Potem rusza mi się reszta ciała. Nadmiarowo, nadpobudliwie. Oczy, jak kolorowe neony, świecą mi tymi rekami nakręcane chyba.
Cała jestem ruchem.
Na twarzy mam wszystkie odcienie czerwieni, ochładzane wiatrem z ruchu moich rąk. Jak małe czerwone robaczki, wyskakują na policzkach efekty mojego pobudzenia. Krążą, rozłażą się po ciele, nabierają intensywności wraz prędkością moich słów. Jak one, wyłażą na zewnątrz zaraz po urodzeniu. Wykluwają się z miękkich jeszcze skorupek, świata ciekawe, niedojrzałe jeszcze a już w wielkie kreacje ubrane, pełne znaczeń, obcych im jak planety z innych galaktyk.
Nie mogę się zatrzymać.
Myśli jak pociągi pospieszne, ignorują okoliczne stacje. Pędzą wprost na świat, jakby go podbić chciały, jakby się nagle ze swoich torów do nieba chciały wznieść, okazałe smoki z niekończącym się ogonem. Bez pasażerów pędzą, nie naładowane, puste. Są jak słowa, niedojrzałe, ale już im śpieszno na arenę cyrku świata. Już się chcą wyginać, fikołki robić i kostiumy pełne znaczeń ściągać i zakładać. Pojawiać się i znikać, mimo, że na nogach ledwie jeszcze stoją, że jeszcze się chwieją pozycji swojej niepewne, ale już, jak tresowane pchły skaczą, jak lwy otwierają paszczę, żeby wrzasnąć, swój strach wypuścić, widzów nim obdzielić.
Jeszcze ich wychować nie zdążyłam, jeszcze nie poukładałam, jeszcze imion nie mają, ale z gniazda już wyfrunęły. Nie nawykłe jeszcze, nie douczone, bezkształtne, poleciały się wam pokazać. Niecierpliwie mrugają sztucznymi rzęsami, uśmiechają się zębów pełne i czekają na oklaski. Za blask, który wam wmówiły, za obietnice złożone, o których zapomnicie. Stoją przed wami w pierwszym rzędzie, na pierwszym stopniu schodów, który trwa tylko chwilę. Bo za moment będzie inny stopień, inna postacią obciążony. Ale wy musicie zobaczyć całe przedstawienie, wszystkie słowa,co jak grad są z nieba rzucane i spadają, dźwięczą, bombardują.
Jestem nakręcona.
Bomba, która zaraz wybuchnie. Nikt tylko nie wie, czym. Co wypluje a co zniszczy.
Pali się lont.
Biegnę i tchu mi nie starcza, by się w świecie osadzić i zakwitnąć jednym gatunkiem, nazwanym określonym, sklasyfikowanym. Energii nie mam na wyhamowanie z piskiem opon, lub choćby zrzucenie biegu i powolne wytrącanie prędkości.
Biegnę, oddech tysięczne sekund mi odmierza, rytm tańca, gdy nogi swoje depczę.
Dalej.
Wyżej.
Głębiej.
Do siebie biegnę.

Reklamy

2 thoughts on “maraton

  1. tak coś czuję:-) choć u mnie nigdy nie ma nic nagle:-). Takie nagłe "nagle" trwa latami i dojrzewa. Zobaczymy

Możliwość komentowania jest wyłączona.