Lynch

Nie znam się na filmach. Nie jestem nawet kinomanem i chyba nigdy nim nie byłam, choć w latach studenckich bywałam w kinie ok. trzy razy w tygodniu. Lubię oglądnąć dobry, w moim mniemaniu, film, umiem powiedzieć, co mi się w nim podobało a co nie, ale, żeby o szczegółach historii, to już nie bardzo.
Kiedy byłam młodą studentką, bardzo przypadkowo,  Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych, ze specjalnością język francuski, nie czując za bardzo pasji do zawodu nauczyciela, zaczęłam szukać sobie drogi do swojego świata. Tak odkryłam kino.
Kino ma tą zaletę, że można do niego pójść samemu i nikogo to za bardzo nie zdziwi. Choć w tym miejscu przypomina mi się anegdota stawiająca ten pogląd pod znakiem zapytania. Pamiętam jak do kin wszedł film Kola w reż. Jana Sveraka. Było to już jakiś czas po tym, jak otrzymał Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Poszłam na pierwszy seans w mieście. Byłam przyzwyczajona, że filmy, które wybieram, bądź co bądź, intuicyjnie, nie zapełniają sal po brzegi. To jednak była Oscarowa produkcja i spodziewałam się tłumów. Zupełnie niepotrzebnie. Widać czeskie kino nawet podpisane Oscarem, nie jest komercyjne. Podeszłam do okienka i poprosiłam o jeden bilet. Pani w kasie nie kryła zdziwienia: „Jeden? Taka młoda, ładna dziewczyna i sama? Posadzę koło pani jakiegoś przystojnego mężczyznę” I posadziła! Nie wiem, czy był przystojny, bo nie miałam śmiałości spojrzeć. Poza tym bałam się, że przemiła kasjerka szepnęła panu dwa słówka. Wówczas ten jeden raz poczułam w kinie niezręczną samotność.
Innym razem wybrałam się na Nad rzeką, której nie ma i ku mojemu zdziwieniu ( ale wyglądało na to, że tylko ku mojemu) na ekranie, zamiast tego, pojawiło się Podwójne Życie Weroniki. Tak odkryłam Kieślowskiego. Nad rzeką, której nie ma nie oglądnęłam do tej pory.
Piszę to wszystko, na swoje usprawiedliwienie. Bo chcę opowiedzieć o filmie dla mnie kultowym, bardzo po amatorsku.
Będąc jeszcze nastolatką, ale już studentką, umówiłam się z koleżanką tym razem, do kina (a jakże!). Umówiłyśmy się w centrum Wrocławia i stamtąd zaczęłyśmy obchód, w poszukiwaniu czegoś godnego uwagi. Po mniej więcej godzinie poszukiwań, trafiłyśmy na Eraserhead – o ile się nie mylę pierwszy pełnometrażowy film Lyncha. Wówczas, choć może to wstyd, Lynch był dla mnie jedynie nazwiskiem, które kojarzyłam z serialem Miasteczko Twin Peaks. Koleżanka była na szczęście bardziej zorientowana, zapowiedziała, że czeka mnie niezwykłe przeżycie i że ten film zobaczyć musimy. Nie pomyliła się, co więcej, ja ten film musiałam zobaczyć więcej niż jeden raz. I wcale nie po to, żeby go zrozumieć.
Nie zamierzam zagłębiać się w głęboką analizę scen , ani sensu, ani przesłania. Bynajmniej nie obawiam się tu ironicznego komentarza ze strony mistrza Lyncha, który na wszelkie próby interpretacji tegoż obrazu reagował śmiechem. Zamierzam was natomiast zachęcić do oglądnięcia.
Za każdym razem, kiedy szłam na ten film do kina, w trakcie seansu, najczęściej w pierwszej jego połowie, salę opuszczała większość widzów. Jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłości historii, prostych zrozumiałych przekazów i czytelnej fabuły. Nie powiedziałabym, że Eraserhead daje do myślenia, choć być może nie mam racji. Niewątpliwie jednak, Głowa do wycierania w mojej głowie wytarła pewne stereotypy myślowe dotyczące kina, a w zamian zostawiła obrazy, których żadna gumka nie wymaże. Przyznam bez bicia, że film ostatni raz widziałam kika lat temu, ale niektóre obrazy pamiętam niezwykle wyraźnie. Długo zastanawiałam się, dlaczego tak jest. Oglądałam wiele filmów, które zrobiły na mnie wrażenie, ale po nich zostało mi jedynie uczucie, że widziałam coś naprawdę dobrego. Fabuła, przesłanie, bohaterowie często gdzieś mi się gubią między wszystkimi obrazami wszystkich filmów i książek. No nic na to nie poradzę. Nawet kolejne filmy Lyncha, włączając Człowieka słonia, którego obejrzałam niemal natychmiast po Eraserhead i po którym z powodów oczywistych, obiecywałam sobie wiele, nie zostały we mnie tak długo i tak głęboko. Myślę, że odpowiedź jest bardzo oczywista. Komu z was nie zdarzyło się trafić, na książkę, film, utwór, pod którym po przeczytaniu, oglądnięciu, przesłuchaniu, moglibyście się natychmiast podpisać? Ktoś ubrał Wasze myśli w słowa, w obrazy w dźwięki, nadał im formę, kształt i kierunek. Ktoś, artysta – ktoś, przez chwilę staje się waszą bratnią duszą, rzecznikiem waszych wnętrz, które oswaja z resztą świata, nadając im tym samym prawo do istnienia. Nagle okazuje się, że wasze poglądy, uczucia, wizje, które wydają się wam tak głupie, że nie dzielicie się nimi z nikim, podkreśla swoim dziełem ktoś z wielkim nazwiskiem. Znacie to uczucie? Bo ja już tak.
Advertisements

12 thoughts on “Lynch

  1. Ach, przypomniałas mi zabawną i raczej wstydliwą historię o tym, jak dawno, dawno temu wybrałam się do kina na Pulp Fiction. Sposób narracji tak mnie odstraszył i zniechęcił, że nie wyrobiłam i wyszłam. Wstyd mi do dziś. Do filmu wróciłam po kilku latach, chyba nieco bardziej hm… wyrobiona 😉

  2. Fajnie, że zdecydowałaś się napisać o swoim ulubionym (albo ważnym filmie):)))Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby artysta wyraził jakieś moje tajemne odczucia i myśli. Musiałabym z kilku różnych dzieł pozbierać fragmenty. Ale był taki nastoletni czas, kiedy czułam braterską więź z Myszkinem. Musiałam być wtedy bardzo zagubiona;)do SCENKI – a czy warto się czegoś takiego wstydzić? Przypomina mi się natychmiast "jak zachwyca, skoro nie zachwyca";))) Ma rację Dea z tym wstrzeliwaniem się w czas i nastrój, oj ma. Czasem 3x książkę wypożyczam i oddaję bez przeczytania, a za czwartym dopiero jestem w stanie "zaskoczyć';)

  3. ad czytanki) Ja tak do "Faraona" Prusa podchodziłam z kilkanaście (!) razy i nie mogłam wyjść poza pierwszy rozdział z opisem manewrów wojskowych na pustyni. A jak już przebrnęłam, to wracam do tej książki tak raz na rok co najmniej. Chyba najlepsze studium starcia władzy z idealizmem, doświadczenia z młodzieńczym entuzjazmem i relacji państwo – religia, jakie znam.

  4. Widzisz ja "Faraona" nawet nie otworzyłam:-) Nie mam tez jakoś uczucia do Ilosy, kiedyś czytałam "Katedrę" i dobrnęłam z trudem do połowy. Doceniam kunszt itd, ale to nie moja bajka, nie mój klimat, nie weszłam w ta historię.Jest też taka książka, "Odkrycie nieba" Mulish. Dla mnie ta pozycja ociera się momentami o straszny kicz i jest naciągana, choć fakt, to przeplata się z pełnymi erudycji kawałkami. Całość jednak mnie irytowała i zawiodła. Jak na razie nie znalazłam nikogo, kto podziela moje zdanie, wręcz od osób dużo czytających słyszę pochlebne opinie. Cóż, ja mam swoją. Nie wstydzę się, moje zbójeckie prawo:-)Inna historia, kiedyś mając lat 20 odkryłam tzw listę 100 książek, które absolutnie trzeba przeczytać, byłam na tyle głupia że się przejęłam i zaczęłam ( takie listy to głupota, teraz to wiem). Jedną z pozycji było "Gniazdo żmij" Mauriac. Przeczytałam ale, żeby zaraz się zachwycać? nic odkrywczego, nic wielkiego, nic, o czym bym nie wiedziała. Wtedy listę zarzuciłam:-)Jest masę dobrych książek i filmów, o których nawet nie usłyszę. A i tych o których coś będę wiedziała nie oglądnę i nie przeczytam. Nie starczy mi czasu …Na szczęście z tym można żyć:-)

  5. Ja też "Faraona" nawet nie otworzyłam;) A film świetny, aż się prosi, żeby z książką porównać.Dea – czytasz w moich myślach;))) Wczoraj przy śniadaniu myślałam właśnie o "Kłębowisku żmij" przeczytanym wieki temu z podobnych powodów. Absolutnie nic nie pamiętam;(Też często zastanawiam się nad tym, ile jest ciekawych i dobrych książek, o których się nie mówi, a które mogłyby mnie oczarować;) Takie prawa rynku;(

  6. A ja również jestem fanem "Faraona". Do kina niegdyś chadzałem rzadko. Teraz mi się włączyło regularne kontemplowanie dużego ekranu. Czasami coś wybieram wcześniej, a czasami na chybił trafił. Czasem się zawodzę a czasem wychodzę z zachwytem. Poza tym mam ostatnio dość uciązliwy nawek – oglądam filmy w necie (odpałtnie) i chociaz obiecujęsobie, że to będzie tylko jeden i pójdę spać o przyzwoitej porze (najpóźniej druga) to kilka razy zdażyło mi sięzasnąć o np szóstej po maratonie kilku filmów pod rząd… Lyncha sie boje, wielu moich znajomych uwielbia jego filmy a ja poza kilkoma odcinkami "Miasteczka…" nic nie widziałem… Ale wiem, że prędzej czy później zacznęsięz jego filmami zapoznawać, a intuicja mi podpowiada, że jak zacznę, ciężko mi będzie skończyć… Ja wyszedłem z kina po mniej – więcej 30 minutach któregoś z filmów cyklu "Jak KArol został papieżem". Do prawdy nie wiem, jak się na tym filmie w ogóle znalazłem…

  7. to ja się chyba za tego Faraona muszę zabrać. Co do Lyncha, podobnie jak w wypadku każdego twórcy, nic na siłę. Do Eraserhead porównywano Mulholand drive, osobiście nie zestawiłabym nigdy tych filmów obok siebie. Gdybyś jednak kiedyś próbował spróbuj Człowieka – Słonia.

  8. Ściągnęłam, obejrzałam "Głowę do wycierania" i do tej pory nie potrafię zamknąć buzi. Czegoś podobnego nie widziałam. Nie można przejść obok tego filmu bez emocji, albo ktoś rezygnuje na wejściu (nie dziwię się temu) albo wchodzi w świat makabry i próbuje zrozumieć o co biega. Film wciąga jak bagienny wir i nie mogę określić go jako "podoba się", demoluje wszystkie filmy które mam gdzieś poukładane, spojrzenie na świat. Nie można mu odmówić jednego – daje kopa, którego nie da się zapomnieć. Na pewno nie jest dla dzieci:) Dzięki za namiar, a tak naprawdę to głęboko się zastanawiam nad zdrowiem psychicznym Lynch'a.

  9. Eraserhead to film poza gatunkami, ja go obejrzałam na samym początku mojej przygody z kinem i dlatego teraz, każdy film wydaje mi się nie dość; nie dość innowacyjny, nie dość odkrywczy i nie dość mój przede wszystkim. Nie próbuj tego filmu zrozumieć, wielu pisało rozmaite interpretacje a Lynch się z tego śmiał. Moim skromnym zdaniem ten film trzeba czuć a nie zrozumieć. Wiele scen z tego obrazu jest bardzo moich, intymnie moich. Gratuluje, że dotrwałaś do końca, do tej pory udało mi się przetrzymać na nim tylko jednego kumpla:-)

  10. Teraz widzę, że w sumie napisałam to, co u Ciebie jest w poście:) Naprawdę nie dziwię się ludziom, którzy wychodzili z kina, w swoim otoczeniu nie znajduję kandydata na obejrzenie do końca, Tobie się udało chociaż jednego:)

  11. A Ty myślisz ze mój kolega z własnej woli go obejrzał?:-) Nikt sie czegoś takiego nie spodziewa, nawet po Lynchu.Dla mnie to wyjatkowy film i chyba jest jedynym obrazem, o którym moge smiało powiedziec ulubiony

Możliwość komentowania jest wyłączona.