I stałam się kobietą …

Moje życie jest taką niezgrabną nitką, a ja niczym prząśniczka, zawijam ją w kłębek. Jej kształty nie są zbyt regularne, bo i mnie daleko do ideału. A pod palcami nie raz wyczuwam supły i zgrubienia. Jedne pomijam, inne rozwiązuję, niektórych udaję, że nie widzę. I nawijam.
Nie wiem, może czasem mam nadzieję, że mi się z tego nawijania jakiś dywan utka, albo chociaż sweter. A może, nawijam tę nitkę na palec, od czasu do czasu rozkoszując się jej gatunkiem, kolorem i miękkością. Tak po nic, po prostu, dla samej chwili. Dla przesunięcia zegara o kolejne puste minuty do przodu. Lecz siedząc tak na twardym krześle, bezwiednie czekam, aż ktoś uderzy w dzwon i obwieści wielki dzień. Aż rozlegnie się łomotanie do drzwi, i podbiegnę w ich stronę drżąca, ale ciekawa. Otworzę i wpuszczę do siebie świat, cudze spojrzenie, które jak urok rzucone, zamieni mnie w księżniczkę. I nitka odtąd potoczy się już sama.
Wielkie wydarzenia nie wyrastają wielkim, niezaprzeczalnym dębem w czasie jednej nocy, na środku pokoju. Wielkie wydarzenia zaczynają się od małego ziarna, od jednej kropli wody, która najpierw nieśmiało, malutkim języczkiem oswaja swoją przestrzeń i mości sobie korytko. Stopniowo, z każdym dniem, kropla rośnie w siłę, ziarno puszcza pędy i zajmuje coraz więcej przestrzeni. Z czasem ziarno staje się drzewem a kropla, wartkim strumykiem, który mknie już sam, własną drogą, zabierając nas w podróż na łupince orzecha. I wciąż jeszcze nie zagrzmiały dzwony i nie było łomotu do drzwi. A my już w drodze, obiema nogami, głową, bez dobytku, mkniemy zachłyśnięci świeżością wody i mijanymi krajobrazami. Na nic nie jest za wcześnie ani za późno. To czas zbierania wielkich wrażeń, doświadczeń, które upychamy pospiesznie do kieszeni, na później, do albumu, do bagażu, w którym życie poukładane w kosteczkę, wyprasowane i wygładzone spoczywa na pólkach naszej pamięci. Sięgamy potem na te półki, jak do magicznego pudełka ze skarbami, lub jak do wielkiej wyroczni i filtrujemy przez nie, jak przez kolorowe witraże, nasze tymczasowo leniwe życie. I wspominamy, nie pojedyncze korale lecz cały ich sznur, nawlekanie wydarzeń, pojedynczych gestów, z których urosło drzewo.
Moje wielkie wydarzenie dojrzewało wiele lat. Nie wiem, kiedy się urodziło. Odkąd sięgam pamięcią, niańczyłam je jak młodociana matka, z początku kanciasto bez instynktu, a potem z przyzwyczajenia, rutynowo. I czekałam cierpliwie, aż wykopię je z domu, a ono z wdzięczności za ofiarowane mu życie, wróci i obsypie mnie szczęściem, jak prezentami. I tak się stało. Moje dziecko przez długie miesiące dobijało się do mnie energicznym dzwonkiem, na który byłam głucha, więc on dzwonił i dzwonił, aż w końcu wstrzelił się w ciszę i go usłyszałam. Podeszłam do drzwi, sięgnęłam po pakunek na wycieraczce, rozwiązałam go i ujrzałam siebie.
Moim prezentem było lustro.
Wiem, że to wydarzenie może się wydać, błahe, dziwne czy osobliwe. Lustro, rzecz codzienna. Od maleńkości uczymy się, że lustro i ja to ja i ja, lecz co zrobić, kiedy żyje się w przekonaniu że lustro i ja zostaje lustrem i mną lub raczej samym lustrem, bo mnie nie ma? Ja tak żyłam. Do dzwonka.
Zanim zadzwonił byłam przezroczysta. Nie wiem, czy tak do końca miałam tego świadomość. Że nitka całkiem przysłania palec prząśniczki, która niemal zlała się z krzesłem. Myślę, że to był stan permanentny, naturalny, stały. Był solidny jak dom z piwnicą, może nawet jak bunkier, w którym chowałam się przed nalotem świata. I nie wiem też, czy to był odruch naturalny, wyuczony, czy może też zwyczajna wygoda. Bo człowiek niewidzialny nic nie musi. Jedyne, co musi, to dbać o swoje nieistnienie. I ja to wyćwiczyłam do perfekcji, czy może raczej, była to umiejętność wrodzona, bezwiednie utrwalana.
Funkcjonowałam tak wiele lat. Byłam jak ludzik z plasteliny, w miarę potrzeb naciągana do odpowiednich rozmiarów tak, aby zawsze mieścić się w formie. Nie byłam typem ściany płaczu, czy słuchawki od telefonu, ani nawet kartką z długopisem, na której między łzami, można było wyrysować jakieś smutne litery, nic z tych rzeczy. Byłam raczej przestrzenią między ścianą a płaczem, między długopisem a literą. Czymś oczywistym i jednocześnie niezauważalnym.
Nie czułam, że życie przecieka mi przez palce, bo czyż na pustyni przez palce przecieka woda? Byłam jak piach raczej, nieograniczona w swej rozsypce.
W miarę upływu lat, stawałam się kolejnymi numerami w legitymacjach, ubezpieczeniach, NIP-ach PESEL-ach. Ja wiem, że to się źle kojarzy, a jednocześnie w naszym biurokratycznym państwie nie jest niczym nadzwyczajnym, ale umówmy się, kto z nas marzy, żeby być ciągiem cyfr? Nawet, jeśli miałby być to ciąg liczby Pi po przecinku. Ja nie marzyłam, ja tym ciągiem byłam, jak gąsienica, która nigdy nie zmieni się w motyla. Nie miałam żadnych nadziei, więc nie było we mnie rozpaczy. Wbrew pozorom, myślę, że to wiele utrudnia, bo ostre, skrajne uczucia są zwrotami masztu i zboczeniem z kierunku. Często z niewłaściwego. Ja nie miałam kierunku, żadnego.
Jeżeli ktoś czeka na zdanie: „aż wreszcie pewnego dnia”, zapewnię od razu, że nie nastąpi. W moim życiu nie ma pewnych dni. Nawet poranki następujące po nocy, nie są nagłe i spektakularne. Są raczej jak welon panny młodej długie i powłóczyste. Zaczynają się gdzieś miedzy włosami a kończą w czerwieni dywanu i nikt nie zna tej granicy..
Nie da się zaprzeczyć, ze świat, w którym żyjemy, to świat organizmów żywych, gdzie ludzie, przez swą ruchliwość i hałaśliwość, skupiają najwięcej uwagi. I ja nie mogłam tego przeoczyć. Z dnia na dzień, z tej małej kropli rodził się we mnie wodospad fascynacji gatunkiem ludzkim. Zaczęłam odróżniać płeć, wiek, z czasem pojawiały się nowe wyznaczniki, które utrudniały mi segregację i pojmowanie. Przestałam więc klasyfikować, zrozumiawszy, że ten bezmiar morza, w którym żyję może mnie unieść ze sobą w zakątki świata, o których nawet mi się nie śniło. Nie ważne, z kim płynę. I może mi nie uwierzycie, uniósł.
Byłam trochę jak wodorost, jeśli już mam się trzymać morskich metafor. Nosiło mnie w najróżniejsze strony, ale będąc pozbawiona korzeni, nigdzie dłużej nie zagrzałam miejsca, choć wiele z nich było naprawdę uroczych. Przylepiałam się do różnych podłoży, nie koniecznie tych krzykliwych. Wystarczyły, że przyjaźnie pomachały ręką. Myślę, że wtedy byłam cieniem.
Cień to takie bezpieczne miejsce, jak schron. W cieniu nic złego nie może się przydarzyć. W cieniu można wziąć udział w życiu nawet, pozostając jednocześnie na uboczu. Cień stał się moją skorupą, do której chowałam swoje wrażliwe czułki, gdy tylko ktoś chciał zbadać mój kształt, lub wyrecytować powitalny wierszyk. Kiedy teraz wracam do tamtego okresu, próbuję ustalić, czyim cieniem byłam? Co odbijałam? Czyje echo wydobywało się z moich ust? Z pewnością nie był to głos większości, zawsze bałam się tłumu. Mniejszość mnie też nie przekonywała, czułam w niej żal niedoceniania i zepchnięcia na margines. Myślę, że byłam cieniem szukającym swego właściciela, siebie. Wiele faktów na to wskazuje: brak przyjaciół, powierzchowne znajomości, brak porozumienia również, głównie z mojej strony, szukanie miejsca. A jednak, mimo wszystko, mimo całej mojej nieświadomości zachodzących reakcji, stałam się cieniem, zagubionym, ale jednak tworem, który jak chodnik rozkładał się w korytarzu życia. Mojego życia.
Nie wiedziałam, że kogoś szukam. Z perspektywy czasu oceniam, że jest to najlepsza metoda na znalezienie skarbu. To bardzo oczywista prawda, którą wszyscy ignorują.
Musiałam odbyć wiele dyskusji, przeczytać wiele książek, spaść na niejedno dno, potłuc się, żeby poczuć, że istnieję. I w tym momencie, mimo wszystko, mam ochotę powiedzieć, że stało się to pewnego dnia, który trwał wiele miesięcy. To było wtedy gdy dzwonił dzwonek.
W czasie dzwonka, moje życie zaczynało przypominać zbieranie materiałów do pracy dyplomowej. Moją biblioteką była ulica, ludzie, interakcje. Nie wiem, kiedy zaczęłam ją odwiedzać, to się po prostu działo, jak oddychanie. Dostałam wypieków na twarzy od nadmiaru wrażeń. Tak, byłam też kolekcjonerem pereł na bardziej lub mniej wartościowy naszyjnik.  Chciałam nim zaświecić przy najbliższej okazji, bo wierzyłam, że przyjdzie czas tego ukrytego blasku, który umiejętnie połączony, w odpowiedniej kolejności, oświeci moją twarz tak, aby wszyscy mogli ja ujrzeć. Również ja.
Niestety, naszyjnik okazał się z tombaku, zanotowane frazesy, były jedynie pozłotkiem, a cukierków nie było wcale.
Nie miałam siły na kolejny początek. Cień został zdeptany przez tłum. W pewnym momencie, nie byłam pewna, czy naprawdę żyję, czy to tylko rozgorączkowane pragnienie, maligna, w której dla jakichś, nieznanych mi powodów, chcę tkwić. Rzuciłam się w hałas, blask neonów i urywki refrenów. Chciałam być echem innych. Wczuć się w ich puls, drgania ich ciał i tańczyć tą melodie, którą zachwyca się cała sala.
I wtedy zmęczona zasnęłam. Obudziłam się na ostatni, zdesperowany łomot do drzwi. A wtedy znalazłam lustro.
Zaraz potem ktoś zaczął głaskać moje włosy. A kiedy one oswoiły dotyk i ubrały się w kształt, poczułam, że ktoś przygląda się moim myślom. Z zaciekawieniem. Nie speszył mnie ten wzrok, raczej nim pogardzałam. Bo skoro pochyla się nad moimi myślami, nie może być wiele wart. Wzrok jednak nie ustąpił, a ja zaczęłam go oswajać. Bezwiednie hodowane we mnie drzewo, zakwitło a płynący od wielu lat strumień. stał się rzeką pędzącą do morza.
Tak właśnie powstałam. Z morskiej piany, można by rzec, choć nie przypominam Wenus.
Z wody wychodziłam powoli, sama zadziwiona swoim ciałem. Najpierw głową, tym splotem myśli, które długimi rzęsami wydarły się na powierzchnię. Ich trzepot nieco zmącił fale wokół moich stóp, nadając memu wyjściu nieco charakterystycznego, acz naturalnego blasku. Szum fal zmieszał się z muzyką moich słów, w które pakowałam swoje najskrytsze obrazy. Po raz pierwszy były piękne, bo nagie kobiecym ciałem. Wolne, mogły popłynąć gdziekolwiek. Już nie musiałam ich kolekcjonować, ani trzymać na uwięzi. A one jakby w odpowiedzi, radowały się swobodą ruchu i wracały do mnie w coraz to nowym przebraniu, w nowych kolorach. Byłam panią teatru, jednego monologu w wielu aktach.
Wśród kostiumów, masek i wielości ról można było znaleźć moje ciało. Żywe. Rozwijało się we mnie jak wiosna rozwija się w lato.
Lecz to nie nagość zarysowała we mnie kontur kobiety.
W lustrze znalazłam siebie dopiero wówczas, gdy przestałam czuć ciepło tych głaskających rąk i zapach słów, który nosiłam niczym dama futro. Wcale nie było za późno. To, co się w nim odbiło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Nie przerwałam swojego przedstawienia. Wciąż gram.
Pisze do Was ciało. Prawdziwe, z krwi, z wulkanu emocji i żaru oczu. Tym ciałem jest kobieta.
To jestem ja.
Advertisements

2 thoughts on “I stałam się kobietą …

Możliwość komentowania jest wyłączona.