Czytając Blondynkę – proszę nie spodziewać się recenzji

Skończyła właśnie Blondynkę J.C. Oates.

Jakaż głupia była ta Marilyn. Jaka głupia!, pomyślała

W zasadzie to nic w niej, na jej temat się nie zmieniło. Nie było: hmm, ach teraz rozumiem, ani: hej Marilyn, nie wiedziałam, że jesteś taka fajna!. Bo nie była. Nie w jej oczach. Wydawało jej się, że wie o aktorce dokładnie tyle samo, ile zawsze wiedziała. Ani nie lubi jej bardziej, ani mniej. Niczego nowego nie odkryła. Ani w niej, ani w sobie.

Czyżby?

A ten głód miłości? To wychudzone, wyposzczone ciało? Ten umysł, okaleczony taki, te myśli, jak pospolite pióra gołębi dachowych, które każdy z obrzydzeniem strąca, najbrudniejszą szmatką.

A te spojrzenia? Te, których tak szuka, te lustra, w których się tak przegląda, by w końcu ujrzeć siebie. Jakąkolwiek najpierw, a z czasem taką, jaką sama chce się widzieć, taką, jaką jej się wydaje, że jest. Taką, jaka spodobałaby się innym. Wszystkim innym.

A te gesty? Jakby cały czas ktoś się na nią patrzył, a ślina pożądania, cieniutkim niedbałym wężykiem wstydliwie wiłaby mu się z ust. (Ale nikt nie patrzył. Nie szkodzi. Nigdy nic nie wiadomo). Więc ona stała na tej scenie i zawsze była w którejś minucie swojego spektaklu, w amoku gorączkowej gry, nawet, gdy kupowała kiełbasę. Wtedy jeszcze bardziej niż gdzie indziej, skupiała się na tym, aby uwieść potencjalną widownię. Bo tajemniczy on, na białym koniu, przecież tam był, patrzył na nią, obserwował, tęsknie na zegarku wypatrując odpowiedniej minuty, odpowiedniego czasu, na spotkanie, na gong w pozłacany talerz, który zmieni jej życie. A ona oddechem, mrugnięciem musiała go uwieść przekonać, pokazać, że ona czeka, bez zegarka, bo czeka w każdej minucie i każda jest tą, odpowiednią. Że warta jest tego gongu. Jest?

Głód pali ją od wewnątrz. Kto nie był głodny, nie zrozumie.

Głód promieniuje od wewnątrz, na zewnątrz, po elektryczne końcówki włosów, niesforne loki, kiwające jak palec wskazujący (no choć, choć do mamusi), po oczy, z powiekami jak jedwabny materiał, pod którym można się schować i robić wszystkie brzydkie rzeczy. Poza światem, w ukryciu, między sobą. W swojej głowie tylko.

Wszystko jest głodem, a każda część ciała jest głodna osobno. Każda część ciała, jak odrębny byt, manifestuje swoje potrzeby. I przekrzykują się jej fragmenty, przepychają w niej, by głośniej o sobie dać znać, bardziej jednoznacznie pokazać jak cierpią. Ten krzyk i przepychanki, te głosy, wszystko to w niej wrze do wybuchu ciała, do tego krzyku, który pociąga za wszystkie sznurki do środka, do zwiniętego kłębka na podłodze, do bezbronnego kotka. Do hamulca, jakąś spazmatyczną, niekontrolowaną konwulsją wciśniętego w samą podłogę, natychmiast po osiągnięciu maksymalnej prędkości pociągu. I następuje oczekiwany kataklizm. Wysypuje się worek z częściami ciała, które jak robaki, rozpierzchają się na boki w poszukiwaniu innych, obcych ciał. Żeby się w nie wczepić, wessać, zostać.

To jest głód, który każe kraść cudze spojrzenia, te zajęte już pięknymi widokami, wsadzone w lunetę skierowaną na horyzonty marzeń. Głód, który każe kraść słowa, smakować je jak wykwintne danie z cudzego talerza, oblizywać, nadgryzać i wyrzucać, albo pochłaniać w całości, połykać bez gryzienia, głodnym gardłem, nienasyconym językiem. A potem lubieżnymi stopami, bosymi stopami na stół wejść, jednym zamaszystym gestem, naczynia w dół zrzucić i skraść cudzy dotyk już, cudze ciało.

W eleganckim sklepie, w luksusowej przymierzalni, włożyć najpiękniejszą suknię, na którą się nie ma pieniędzy, zamknąć oczy i przenieść się tam, gdzie nas nigdy nie będzie, w te objęcia miłości, których na całym świecie nie ma, które są tylko chwilą naszych pragnień, zwykłym gestem ubranym w nasz głód nienasycony. Ramiona widziane spomiędzy rzęs przymglonych, gorączkowych oczu, niedowidzących, zachłannych.

Potem są wszystkie słowa, które najpierw układają się w jakieś paciorki albo wagoniki i pędzą w świat. A po drodze chlapie je błoto i ziębi deszcz, więc na każdej stacji są czymś innym. Ona wysiada na papierosa, znużona, zdziwiona, i na peronie sama siebie pyta, czy to do TEGO pociągu kiedyś wsiadła (czy ja tak myślałam), czy z niego wysiadła (czy ja TAK myślałam?), czy to na pewno jest mój pociąg ( czy ja tak myślę???) Mylą jej się wagoniki, szyk zdań, i duże litery lądują na końcu wyrazów. Myśli własne, cudze, pożyczone, skradzione, przeczytane. Myśli, czy hasła tyko, nagłówki gazet ( to ja? To o mnie? Może to mi się śni).

Głód znaczeń schowanych, ściśniętych tłocznie w małych wyrazach. Już ich nie może stamtąd wyłuskać. Są jak zaciśnięty orzech, którego rozłupie jedynie czyjś ciężki but. Głód siebie i nieustanny głód miłości. Bo czymże jest życie bez miłości, kim ona jest? Ach gdyby tak skraść, w locie, choćby mały spadający kawałek chleba, z cudzych ust, może udałoby jej się przeżyć?

Ach jak pięknie byłoby kochać, kochać do bólu w każdej minucie, do bolesnego, miłosnego uścisku śmierci. Nawet, jeśli nie ma takiej miłości, to jak pieknie byłoby.

Jakiś płomień nadziei w jej głowie się tli. Gorączkowe szukanie po omacku, po ciemku, cudze ciała jak zimne ściany, do których kurczowo się przytula, w które chce się wtopić, kolejny raz unicestwić, zatracić, tą tajemnicę poznać, klucz, który ona przekręci, by wykraść to, co nie jej przeznaczone. Wielki skarbiec Ali Baby. Głodna, tak bardzo cudzego człowieka głodna, gorącymi ustami chce stopić zimną chropowatą powierzchnię betonowych ścian.

Cudze ciała, prześmiewcze gesty, jakieś ręce gniotą jej skórę jak papier, z którego zaraz powstanie kulka przeznaczona do kosza. Cudze oczy, jak latarnie, do których ona, jak ćma leci, urzeczona, zapatrzona tylko tym, że świecą, że są. Lepi się do tych żyć pulsujących w innym tempie, w innym rytmie, jej nieznanym i udaje, że tańczy, że kroku dotrzymuje, choć wcale tak nie jest. Patrzcie! Ja do was należę!, chce krzyczeć, Jestem miękka, jestem słodka, hej, kto chce mnie pokochać? Przecież można mnie pokochać!

Czyżby?

Ale sił już nie ma. Zamiast słów, z ust wydobywa się charcząca piana. Nogi bez rytmu, poza taktem osuwają się w dół, na podłogę. Koniec przedstawienia, choć wszyscy nadal patrzą.

Pogładziła ręką okładkę. Przejrzała spis treści, ponownie. Zamknęła książkę.
Jaka głupia była ta Marilyn, jak naiwna.
Idiotka!
Zerknęła do lustra
Czyżby?

 
 
tak, wiem, popłynełam:-)

Reklamy

8 thoughts on “Czytając Blondynkę – proszę nie spodziewać się recenzji

  1. Marilyn bardzo rzadko czytała gazety, a jesli już i widziała w którejś z nich siebie to komentowała, "znowu o niej pisza". Rozróżniała osobę Marilyn i Normy Jean na zasadzie klasycznego rozdwojenia jaźni. Dea wiezs doskonale o tym, że jak tak o Marilym Monroe mógłbym baaardzo długo z a Tobą rozmawiać. Twój tekst bardzo mi się podoba. "Cudze ciała jak zimne ściany" – faktycznie było na odwrót – jej kochankowie zdjąc relacje ze zbliżeń z nią komentowali, że w łóżku jest kiepska, zimna jak ryba, drętwa jak kłoda. Ostatnie pięć linijek bardzo wymowne…

  2. ja nawet nie podejmuję z Tobą dyskusji na temat MM, poległabym w 1 minucie;-)))))Pisałam, że odleciałam, to nie do końca o niej było, ale mnie natchnęła nie powiem

  3. Marylin nie lubię, może dlatego, że nie znam, ale to, co wiem, do bliższego zapoznania nie zachęca. Głupia była. Miłości można szukać mądrze, można głupio, ale poza kolekcjonowaniem spojrzeń jest parę ciekawych rzeczy w życiu.Ale byłaby to niezła recenzja książki 🙂

  4. Tak, pod wieloma względami zgadzam siez Elą. Mądra to ona nie była. Poza tym była chora i uzalezniona, kariery nie zrobiła tak wielkiej, jak sie powszechnie ludziom wydaje, pieniędzy miała mało – wbrew temu, co sie powszechnie sądzi. Mimo to prawie 43 lata ciągle sie o niej mówi, inspiruje i jest muzą. Mnie jej osoba ogromnie fascynuje a dlaczego, to się nadaje na bardzo długą rozmowę. Mam pare książek, które z jednej strony podsycają mity i legendy na jej temat, a z drugiej je demaskują. Bezsprzeczne jednak jest to, że we wszystkim co robiła była autodestrukcyjna (czego najjaskrawwszym moim zdaniem dowodem jest to, że obsesyjnie chciała mieć dziecko, a miała jak podają różne źródła od 3 do 8 aborcji i liczne poronienia). Talent miała na pewno i bardzo chciała się uczyć (ale jej nie wychodziło, gdyz intelktu natura jej poskąpiła), była zbyt ufna i niedojrzała emocjonalnie i pozawalała mimo wewnętrzengo sprzeciwu obsadzać sie w rolach seksownych głopich blondynek (a potem chlała i ćpała i bredziła na kozetkach psychoanalityków nabijając im kieszenie, żeby odreagować) chociaz miała kilka dramatycznych ról np w "Niagarze". Była potwornie nieszczęśliwa.

  5. To, co powyżej napisał Piotr mozna wyczytać w książce Oates …A że głupia była, no była i nie miała tego świadomości i jakoś mam wrażenie, że ten rozdzwiek miedzy tym, jaka była a jaka się sobie wyadawała, wywoływał u niej frustracje

  6. Rzeczywiście nie recenzja, ale tekst rewelacyjny, zaczynam myśleć, że w mojej czegoś brakło… poinformowania potencjalnego czytelnika o samotności.

Możliwość komentowania jest wyłączona.