Wolność – wersja poprawiona

Większość mojego gadania mogłabym zacząć od zdania: jadę pociągiem… Bo ja wciąż jeżdżę pociągami. Na ogół są to krótkie trasy dom-praca-dom, ale nie wyobrażam sobie mojego rozkładu dnia, bez tego czasu w wagonie. Jest na tyle krótki, żeby nie zacząć się nudzić i na tyle długi, żeby zdążyć przysiąść w tym korytarzu bezczasu i zmienić kostium.
W pociągu czas nie płynie. Rusza się przestrzeń, jest życie, ale nie ma czasu. I to jest w tej podróży najpiękniejsze. Jadę tunelem między jedną galaktyką a drugą i podczas tej drogi następuje adjustacja do nowego otoczenia, reset danych, formatowanie zapisów.
Oswajam się ze sobą na nowo. Bo to jest chwila kiedy jestem sama sobą dla siebie. Powoli dłonie głaszczę, włosy, zupełnie jakby to był dotyk magicznej różdżki, która sprawia że staję się widoczna. W środku. Bo na głowie mam czapkę niewidkę. Nie chcę zaburzać przestrzeni, wybrzuszać tego odcinka niespodziewanym pęcherzem. Pustą, w gruncie rzeczy bańką. Wolę prostotę linii i kręte ścieżki. Mogę zostawiać ślady, to mi wystarcza, nikt nie musi wiedzieć, że kroczę
Poza mną wszystko istnieje, czas też, tylko on mnie nie dotyka, nie otula nawet. Od wagonu się odbija i biegnie z powrotem w pole, tam, gdzie wciąż go brak. A ja jadę. W przestrzeni, która się rozciąga po horyzont. W przestrzeni która istnieje nieruchoma, nieskazitelna, niezmienna. Która jest określona moim wzrokiem, uczuciami i tkwi gdzieś we mnie, zakorzeniona po serce samo. Od zawsze.
W pociągu kolejność wykonywanych czynności nie ma znaczenia. Może wszystkie nakładają się na siebie, jak łuski cebuli. Może kolorują się tak, jak wówczas, gdy człowiek zakłada okulary o różnych odcieniach, złudnie zmieniając rzeczywistość. W pociągu mam takie okulary. A może właśnie tam je ściągam. Nie wiem. Nie pamiętam zbyt dobrze. I tak nikt nie patrzy.
W pociągu jest ogromna biblioteka ludzkich historii. We wszystkich gatunkach, z każdego stulecia. Z każdej szuflady wątków, z każdego końca myśli, nawet kiedy się zdaje, że została tylko okładka, z jakiegoś kłębka pruje się nić zdarzeń. Ich język bywa giętki lub urwany przyspieszonym oddechem. Bywa obrazem, rozdartym, zamalowanym, zbezczeszczonym. Bywa zbyt ciemną farbą i zbyt mocną literą. Potrójnym wykrzyknikiem zawieszonym w próżni, ominiętym, oklapłym, jak powalony, nadgniły płot, którego już nikt nie chce pokonać. Bo nie jest wyzwaniem.
Wchodzę w te historie, do domów tych ludzi i czytam, i oglądam, i jestem nimi. Oddycham dusznym światem skłębionych pragnień i niedoścignionych marzeń. Pochylam się nad nimi jak nad obolałym ptakiem bez skrzydeł już, który wie, że nogi nie zaprowadzą go daleko. Jestem poplamionym obrazkiem z wazonem, pożółkłą tapetą i draperiowaną zasłoną. Dekoracją wyzywającym światełkiem, dodatkiem, w którym pokłada się nadzieję na nowy początek. Że oto, odtąd moje gesty zmienią kierunek, a myśli staną w szeregach. Że z tego małego światła rozdmucham ogień, który spali moje dotychczasowe życie, a na jego zgliszczach powstanie nowe, piękniejsze, bogatsze. Pudrem jestem, zbyt ciemnym, na czyjejś twarzy i z tej perspektywy chłonę nie swoje widzenie, z cudzej wysokości. Między słowami się wczepiam niby ogonek od „a” i lecę w inne światy szukać siebie. Spoglądać na swój kształt zza luster, których na co dzień nie dostrzegam. Sprawdzam, czy odbijam się swoim kształtem.
W pociągu jest muzyka. Muzyka słów i myśli. Muzyka kłótni i milczenia, muzyka oczu i gestów. Słucham jej, tego premierowego wykonania spektakularnego koncertu, zawsze w tylko jednej odsłonie. Chór szyn i powietrza staje się tłem dla każdej solówki ciężkiego oddechu i szyderczego chichotu. Wszystko gra choć nic nie współbrzmi. Rozpisane osobno partie nie nakładają się na siebie, nie współistnieją. Bogactwo ich łez jednak tworzy jezioro. Bezkresne, bezdenne. Jak nigdy w tej muzyce czuję życie. Głębokie. Rozpostarte. Wolne.
Wolność. Każda literka wlewa mi się malutką strużką i powoli, jak gejsza, drobnymi kroczkami posuwa się do przodu. Żebym wchłonęła ją całą, z namaszczeniem. Żebym poczuła każde pół dźwięku słowa, które jest długie jak równik i ziemię oplata. A teraz całe we mnie się mieści. Rozpycha mnie od środka. Unosi i sadza. Kieruje, puszcza z wiatrem do niemierzalnych oddali. Wagon nie ma ścian i okien. Są tylko koła, na których mknę rozpostarta całym światem. Jadę, wiruję, przystaję. Nie kontroluję. Wszystko się dzieje razem ale odrębnie. Każdy ruch zagarnia kawałek nowej przestrzeni, która mogę zająć, pochłonąć. Rozległam się. W pustych miejscach i zakamarkach. Drżę ruchem ziemi i kół. Bo dokądś przecież jadę. Dookoła siebie może.
Czuję w sobie ruch. Powietrze. Przestrzeń. Teraz już wiem na pewno, że czasu nie ma. Jestem gdzieś zawieszona, rozpostarta. Może jestem gwiazdą i świecę, a może rozlałam się kałużą. Nie, raczej jestem myślą, która właśnie uniosła się zmarszczką na czole i do oczu szeroko zajrzała. Tą myślą, która zawsze ze mną była, mieszkała we mnie i naraz ręce wyciągnęła i nogi i krzyknęła. I wypełzła na słońce szczęśliwa. I turla się we wszystkie strony na raz, zwariowana, rozwinięta, choć wciąż nie do końca, bo ona jeszcze nie wie, że nie ma końca i że będzie się tak rozwijać po wsze czasy.
Nie, jednak nie wiem, jaką mam postać. Nie wiem czy istnieję, jest tylko coś we mnie, albo jestem czymś, nie do końca namacalnym. Jakimś zagęszczeniem w wydychanym powietrzu ulgi. Coś się we mnie unosi, pęcznieje i rozwija. Coś drga na nieznanej dotąd częstotliwości. Nie mam myśli. Mam w sobie bezkształtną postać skłębionych nici, które mnie rozciągają szukając drogi. Coś pulsuje i kołacze. Coś się rozpycha i łaskocze. Coś we mnie żyje. I rośnie. Nie panuję nad ruchami, nad światem. Stałam się przestrzenią, którą czas omija.
Nagle cały sens się zmaterializował. Znalazłam go w swoich dłoniach, w stopach, we włosach. Pozbierałam z powietrza, z tej otuliny, w której się poruszam. Z tych dźwięków. Z nie moich historii, w których jednak bywam gościem, albo krzesłem dla opadających nóg. Poczułam się napisana, dokreślona, docharakteryzowana. Jestem postacią
Z bajki dla dorosłych.
Stacja końcowa.
Wysiadam.
Ona została. Zaczeka.

Reklamy

6 thoughts on “Wolność – wersja poprawiona

  1. W jeżdzie pociągiem jest coś metafizycznego, prawda? Taki stan zawieszenia, bycia pomiędzy: już nie tu, jeszcze nie tam… Nigdzie? Jazda pociągiem jest też najcelniejszą metaforą czasoprzestrzeni: kiedy czas zmienia się w odległość…Pięknie opisane.

  2. tak pociągi są niesamowite:-) nie pierwszy raz o nich piszę. Własnie o tym pomiędzy.Tak na szybko znalazłamhttp://deainhortus.blogspot.com/2009/05/jade-do-wrocawia.htmlhttp://deainhortus.blogspot.com/2009/12/jeszcze-nie-wiem-jaki.htmlale jest więcej …

  3. lubię tutaj przychodzić. często znajduję tu siebie. czuję, że mogę się przeczytać w twoich słowach. hmmm… pociągi… kocham znikać, gubić się w czasoprzestrzeni, choć wiem, że to bywa zgubne…

  4. dla takich komentarzy piszę…szukamy kawałków siebie w tych rozbitych lustrach obcych twarzy, upewniamy się, że żyjemy i że nasze uczucia, myśli, pragnienia, nasze zagubienie w końcu, nie jest osamotnione

  5. Bardzo plastyczny opis, bardzo poetycki, gra słów niezwykle barwna i skoczna, wszystko spójne i "odjechane", bardzo bardzo…ja się tu już loguję na stałe.

Możliwość komentowania jest wyłączona.