życie miasta (2)

Jestem z miasta. Z nocnych świateł, pijackich krzyków, z papierosów zgaszonych butem na środku chodnika.
Narodziłam się ze zgiełku, pośpiechu słów, które przejechał na pół jakiś rozpędzony samochód. Żyję w jednej połowie, nie wiem, w której. A może w śladach po oponie. Mam energię przesłaną iskrą tramwaju, tuż przed wykolejeniem. Zobacz jasność moich myśli, jak dziurę wypala w głowie.
Miasta blask.
Chwieję się mostem, prowizorycznym, przerzuconym z jakiejś okazji na drugi brzeg, jak sznur na świeże pranie.
Tętnię skroniami neonów. Moje słowa to klaksony i wycie silnika w środku nocy. I krzyk tłuczonego szkła, hamowanej opony, od której jakaś matka osiwiała w jedną noc.
Ręce rozkładam na skrzyżowaniach, góra, dół, prawo, lewo, do wyboru, idź, gdzie chcesz. Więc idę, za drogowskazem, obróconym dla żartu w przeciwną stronę.
Ale jakie to ma znaczenie, kiedy puls miasta wpada w pozytywne wibracje, harmonię hałasu świata, gdzie wszystkie dźwięki nakładają się na siebie i jednomyślnym chórem kołyszą mnie do życia.
Jakaś winda do jutra, zepsuta, ciągnie mnie w dół, do piwnic świata. Zapach ziemi, jej smak, wydrążony grabiami rąk, na później, na okazję, która przychodzi zawsze nieproszona.
Jutro jest jeszcze za wcześnie, więc chcę na powierzchnię, do koralików dni, do różańca życia, nie zmówionego nawet do połowy. Szukam drabiny, bo w górę są tylko drabiny, w dół zawsze windy, wyślizgany tor. Szyb z jednym piętrem, poziomem zero.
Sznur, po którym się wspinam, utwardza mi ręce. Będą mi potrzebne ręce z drewna, nieczułe na wagę ciągniętego bagażu. Muszę mieć wprawę w noszeniu ciężarów, w przeciąganiu liny góra-dół, moje-twoje. Teraz mi wszystko jedno. Miasto mnie woła. Mały trybik od zegarka zgubił się w wąwozie jednej myśli. Utknął w jakiejś rozpaczy kropki, z której trzeba zrobić przecinek, ostrogę. Walnąć konia w bok i pognać. Szybko, zanim koń się zorientuje, a myśl schowa. W zakamarku, za drzwiami. Na przeczekanie. Ja muszę uciekać
Miasta oddech w płuca nabrać. Uśmiechem księżyca przed snem, jakąś klatkę schodową oślepić, by na chwilę stała się pałacem, albo latarnią, pod którą stanę zmęczona w kolejce do przygód nierozważnych. Obłupanych cegieł życia, z których tylko kruche marzenia, zalane twardym betonem, bez okien, mogą spaść mi na nogi. Chcą mnie wbić w chwilę. z której pozornie nie ma wyjścia.
Ale ja jestem dźwiękiem poza chwilą.
Włosem siwiejącym. Pierwszym i ostatnim. Kolor zmieniam. W rytm świateł.
Już mnie nie ma w chwilach nic nieznaczących, w pomarańczowym świetle gotowości.
Miedzy samochodami gnam, w miejscu niedozwolonym dla pieszych, na drugą stronę siwego włosa. Do korzenia koloru miasta, którego smak wciąż nieznany po nocach mi się śni.

Reklamy