Lustra moje

broken mirrorMiałam w życiu wiele luster. Pożyczone, znalezione, kradzione czasami. Nie były to być może wyrafinowane małe dzieła sztuki, ale też nie zwykłe kawałki szkła.
Były też wystawy, choć nie w zatrważających ilościach, w których przeglądałam się mimochodem z nadzieją jednak, że zatrzymam się na dłużej i może nawet wejdę do środka.

Lecz najwyraźniej błysk w oku wystarczał jedynie na krótkie zauroczenie. Na małe mgnienie, o którym potem się mówi, że było dziwne i że nie wiadomo, czy w ogóle się zdarzyło.
Te wystawy bolały mnie najbardziej. Zawsze myślałam, że zwykła szyba obnaży mnie prawdziwie. I że ta prawda okaże się, ku zdziwieniu całego świata, piękna. Ale nigdy nie zdążyłam się odbić trwale, by móc to stwierdzić.
I w rezultacie razem z tym chwilowym błyskiem cudzych oczu, gnałam dalej, z prędkością światła, żeby jak najszybciej uciec od tego słonego deszczu rozpaczy, który rozbierał mnie do naga, przed jedynym lustrem, któremu wierzyłam. Moim wzrokiem.
Smutny to był widok. Trochę jak odbicie w tafli wody. Niewyraźny nieokreślony. Trochę groteskowy, jak w gabinecie luster. Trochę jak odbicie w szkle, w które ktoś uprzednio walnął pięścią z całych sił.
Oglądałam się wiec fragmentarycznie. Tu oko, tam pieprzyk, a gdzieś indziej kawałek palca. Wszystko było osobno. Rozsypane. Klejenie nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. Klej wyciekał, plastry się odrywały i wszystko wracało do pierwotnej formy – rozsypanego piasku.
A ja za wszelką cenę chciałam zawisnąć w jakiejś pięknej złoconej ramie. W jakiejkolwiek nawet, byleby mnie objęła, zamknęła, poskładała w jeden kształt. Wymiarowy.
Popękanego szkła nie da się już wygładzić.
Wiem, bo próbowałam.
Długo.
Naprawdę bardzo chciałam.
Kiedy już zamierzałam się poddać, kiedy niemal położyłam się na ulicy, czekając na podeptanie, na rozpadniecie się w najdrobniejsze kawałki, z których nie ma już żadnej nadziei, powiedziałeś, że to niesamowite, jak wiele kolorów odbijają moje pęknięcia. Jak ciekawe są moje załamania, w jak wielu ubytkach można się zgubić zatracić, schować, przeczekać.
Odklejałeś plastry, wydłubywałeś klej i dotykałeś pulsujące jeszcze rany. A one jakby w uśmiechu dumnie eksponowały swoja głębię. Czułam się poskładana w tym swoim rozbiciu. Moje pęknięcia nagle utworzyły jedną całość, jeden rysunek z podpisem malarza.
Ciepły wiatr twoich szeptów zamykał moje zdziwione usta, a wszystko wokół zaczęło kwitnąć wiosną.
Poczułam się jak przebudzona po niezmiernie długiej komie, takiej od urodzenia prawie.
Uzmysłowiłam sobie, że zostałam wcielona. W obiekt, który nazwano kobiecym ciałem. Dotykałam się z niedowierzaniem i szczypałam po skórze sprawdzając, czy to żywa powłoka, czy tylko kostium, płaszcz skrojony na miarę.
Tańczyłam w ciemnościach, żeby nikt zazdrosny nie skradł mi mnie, ani tej radości, która jak balsam posmarowała całe moje ciało, fragment po fragmencie, rana po ranie. Ten balsam był jak worek, który mnie zwieńczał.
Nie mogłam się sobą nacieszyć.
Przeglądałam się w Twoich oczach bezustannie. Chciałam przejść na drugą stronę, dołączyć do Alicji i zamieszkać tam na zawsze.
Ale nie było miejsca na nas dwie.

Myślałam, że znów stanę się kawałkami.
Ale ty wyjąłeś moje oczy, położyłeś je na swoich dłoniach i krzyczałeś: „patrz!”.
Posłusznie, za tobą, wodziłam swoim wzrokiem po sobie i tak, jak chciałeś, widziałam grę świateł, cieni, tęcze i fajerwerki. I byłam jeszcze bardziej zdziwiona.
Na pożegnanie oddałeś mi moje oczy, bo wiedziałeś, że nie będę potrzebowała już innych.
Zamieszkałam w nich szczęśliwa.

photo by huberton

Reklamy

4 thoughts on “Lustra moje

  1. hmmm a mi się wydawało że jednak trochę optymizmu wplotłam:-)starałam się przekazać, że nie ma to jak być zadowolonym z tego, co się widzi, jak się stanie przed lustrem …

Możliwość komentowania jest wyłączona.