W górach jest wszystko, co kocham …

Jestem sentymentalna. Można się z tego śmiać. Ale w środku pełnego litości uśmiechu, ja otwieram wewnętrzny album ze zdjęciami rzeczy małych i błahych, powierzchownych mrugnięć, niezamierzonych gestów i twarzy z emocjami do środka. Oglądam ten wernisaż sztuki życia, malowany grubą kreską, pastelą i olejem. Mam w sobie muzeum obrazów, a każdy z nich jest jak pąk, który jak Proustowska magdalenka rozkwita w ówczesny krajobraz. I nagle pojawiają się kwiaty i łąka rozwinięte niczym z czerwonego dywanu, prowadzącego do miejsca kulminacji, do kolejnego stopnia w górę. Jest szum wiatru i chmury jak wata cukrowa. I zapach mam jak szal, z każdego szeptu liścia wyłuskany, z pędu spadającego owocu odcedzony. Rozglądam się z koszykiem pełnym pyszności i stąpam po czerwieni wspomnień do ich źródła.
Chwila zamyślenia, dźwięk słowa, które przywodzi na myśl jakiś rytm kroku albo kilka kropel potu. I znów, jak w teatrze, wracam do przedstawienia sprzed lat, po zapomnianej premierze, gdzie tytuł zszedł z afisza następnego dnia.
Pamiętam moje pierwsze góry. Izery. Nagie takie, zziębnięte i zapłakane. Miały milczące oczy, zupełnie jak pies zostawiony w schronisku. Nikt ich nie chciał, takie były brzydkie. A ja się w nich zakochałam, prawie od razu. Kiedy Polana Izerska rozpostarła przede mną swoje ramiona przestrzeni a ziemia przystanęła, żeby jej bezruch nie zmącił mojego wrażenia, w tej chwili zostałam pojmana. Pierwszy tatuaż na sercu.
Pierwsza wędrówka ze Szklarskiej na Orle. Jestem lekko zaniepokojona, czy podołam tym kilku zaledwie godzinom, i czy będę umiała je upchać w plecaku moich marzeń. Czy znajdę czas i chęci na pielęgnację. Niepotrzebnie. Droga mnie pochłania, oddaje jej potulnie swoje zmęczenie i myśli. Oszczędzam słowa jak wodę na pustyni, a te, które uwalniam, są jak puste bukłaki. Dalej, więc idę w milczeniu.
Ból nóg jest jak pokuta, za późne odkrycie świata. Za te wszystkie drzewa, których jeszcze nie zaczęłam liczyć, za złotą nić słońca, którą dopiero co złapałam za początek. Idę krainą Oz do Czarnoksiężnika.
Odtąd jestem w drodze …
Tamtego dnia zaczęła się moja wędrówka. Po górach, po życiu, po ludziach, aż nieopatrznie pewnego dnia, szturchnęłam siebie samą. Spojrzałam sobie w oczy i z kształtu cienia zakiełkowało ziarno.
Wędruję do miejsc obcych i tych, najbardziej znanych, by kroplą wody z ulubionej studni napoić swoje myśli i łzy. Żeby obcość ludzkich istnień, w jednej chwili zsupłała się i wybuchła energią wulkanu. A lawa radosnego bytu sparzyła nam stopy i pchnęła nas do życia na dziś i na jutro.
Beskid Sądecki nie chciał mnie przyjąć tak łatwo. Padam tam znów cieniem źdźbła trawy na łąkę i szukam podpowiedzi. Rozrzewnia mnie ta rozkołysana pieśń, którą słyszę, a tłumione dotąd emocje, cienką stróżką szyją mi ubranie. Kostium na ten bal, na wszystkie bale …
Izery potrzebowały miłości, jak ja. Była między nami ta nić porozumienia, harmonia oddechu podczas marszu, ta brzydota zewnętrzna, która nas do siebie zbliżała.
Podczas gdy, Izery były łase na czułości, Beskidy były już wykochane. Tam byłam tylko kolejnym kwiatkiem w wazonie, kolejnym liściem na drzewie. Beskidy musiały swą miłość oddać wszystkim, z każdym się zespolić, zaprzyjaźnić, każdego ponieść.
Ale to w Beskidzie po raz pierwszy usłyszałam, że jest gdzieś dom, dokąd myśl ucieka … I moje myśli nagle zrozumiały, dokąd pędzą. W jednej chwili na ich drodze stanął drogowskaz z punktem docelowym. A ja nagle pojęłam, że mój dom jest w ludzkich oczach, uśmiechach i dłoniach. W tych drzwiach i oknach we mnie, które są wciąż otwierane i zamykane. W przeciągu i zastoju powietrza. W podmuchu wiatru, w najmniej oczekiwanym momencie, który znienacka burzy mozolną konstrukcję z kart. W przebłyskach słońca, które rozświetlają najczarniejsze myśli. W drzewach, które same szukają sobie miejsca na korzenie, nie bacząc na moje wskazówki. Zrozumiałam, że ten dom jest w pozornie zimnej przestrzeni gór, kiedy na szczycie rozpościeram ramiona i palcami wplatam się w gorące promienie. I czuję swój zapach, oddech przyspieszony i nieziemskie zauroczenie.
Naliczyłam już wiele drzew. Mogłabym nawet zbudować z nich dom dla wszystkich moich przyjaciół. Z nici słońca, mogłabym każdemu uszyć ubranie. Tylko, kiedy las w domu zamknę a słońce w szacie, przestrzeń przestanie oddychać świeżym powietrzem. Świat zakluczę dłoniach, myśli w klatce.
A je chce być wolna
Przestrzenna
I bezkresnie nienasycona

Advertisements

3 thoughts on “W górach jest wszystko, co kocham …

  1. Góry są cudowne. Nie mogę się doczekać swojego wyjazdu w Bieszczady. Każdy górski zakątek, który odwiedziłem, jest taki majestatyczny, tajemniczy, a jednocześnie przyjazny i otula Cię potem cudownymi wspomnieniami, jak Ty pięknie to opisałaś.pozdrawiam serdecznie

  2. mnie też już od dawna marzą się góry… tęsknię i po cichu liczę, że już wkrótce, znów poczuję boto pod stopami:-)

Możliwość komentowania jest wyłączona.