pierwszy kęs

Niekiedy mi się zdaje, że to nie początek jest najtrudniejszy. Że wcale nie jest trudno wgryźć się w świeży chleb z masłem, czy wsiąść do pociągu w nieznane. Trudniej jest zakończyć po pierwszym kęsie i wysiąść na pierwszej stacji.
Kiedy nowy zapach wypełni twoje nozdrza, a smak zaczyna biec po twoim ciele, jak zwariowana mrówka i nie wiesz jeszcze, czy ci się podoba, czy nie, ale cię intryguje i musisz ugryźć drugi raz, żeby się przekonać, żeby własną ciekawość zaspokoić. Żeby pod przykrywką eksperymentu nasycać się tą wonią bez końca i tą podróżą na gapę w nie twoim pociągu.
Pierwszy skradziony pocałunek to żywioł, do którego cię pcha nieznane. Nie wahasz się ani chwili, tylko zuchwale, na oczach właściciela, kradniesz, co do ciebie nie należy i duma cię rozpiera z twej buńczuczności. A tupet jak płaszcz czerwony, jest zasłoną, za którą się kryjesz i którą epatujesz jednocześnie.
I nagle doświadczasz zachwytu nad krajobrazem, którego twój wzrok nie zdążył objąć jeszcze, bo oczy wprost do słońca skierował. Bo się pozwolił zaślepić. Zapach jak pajęczyna cię zaplata, powoli, delikatnym włóknem tka ofiarę z mężnego rycerza. I pancerz jest kostiumem z karnawału, którego pozbywasz się, czym prędzej, bo ciśnie cie nagle i uwiera.
Albo ten pociąg, którym jedziesz. Wsiadasz, gdy już gwiżdże i gdy drzwi niemal domknięte. A ty na przekór sobie, upierasz się by go złapać, choć mknie zupełnie w inną stronę. I czujesz się jakbyś wygrał zakład o życie, który traktujesz z przymrużeniem oka, aż okazuje się, że ten pociąg jest nowym życiem i wygranym zakładem. I już nie chcesz z niego wysiadać.
Teraz jest czas zdania.
Zdania, które jest zdaniem wielokrotnie złożonym, zależnym od czynników, których nie chce ci się wymieniać, ani nawet brać pod uwagę. I każdy znak interpunkcji wykorzystasz, tysiące nawiasów (osobnych wagonów czy kawałków ciasta, którymi przegryzasz chleb), żeby tylko zdanie w nieskończoność wydłużyć i do kropki nie dojść. Do ostatniego okruszka chleba i stacji końcowej.
Twoje życie zaczyna wyglądać jak stary przebój na zwolnionych obrotach, ale czujesz się zwycięzcą, bo z 3 minut zrobiłeś 6. A potrafisz więcej
I niespodziewanie ten pociąg staje się właściwym torem dla twoich myśli, bo ma miejsce na nie wszystkie i przestrzeń do układania, nowych. Nagle masz przestrzeń żeby zatchnąć się rękami, kopnąć nogą powietrze. Ktoś słucha twoich szeptów, a krzyk twój zwraca jej oczy ku tobie, pełne empatii oczy na wyciągniętych do pomocy dłoniach.
Czas do kropki staje się nieskończony. Zrobisz wszystko, żeby tak było. Będziesz się z nowym życiem układał, duszę mu zaprzedawał za ten diament, który masz w dłoni.
Aż olśni cię blask nowego kamienia.
Może właśnie o to chodzi?

Na peronie skubałam chleb, kiedy to wszystko mi się przyśniło.

Advertisements