poranek

Jadę do pracy w stłoczonym środku komunikacji. Wokół mnie dziwne opary, melanż ludzkich, obcych światów, które mnie atakują. Nie chce tu być, a jestem, pod każdym względem jestem pomiędzy. Miedzy weekendem a tygodniem, wsią a miastem, domowym zaciszem a rozhuczaną pracą. Między jawą a snem jeszcze.
Zapach snu… Rankiem, jeszcze się nim otulam, a półprzymkniętymi powiekami obserwuję, jak się wolniutko wymyka, cienką stróżką. Miękki szal zsuwa się z moich ramion, najpierw na siedzenie, potem na podłogę, by ostatecznie zniknąć gdzieś na zawsze. Albo niekiedy, prawie niewidzialnym dymkiem unosi się leniwie jeszcze, po cichutku, i delikatnie zabiera mi spod głowy miękką poduszkę.
Niezdarnie zmierzam do pionu. Segreguję sny, jeśli mi się coś śniło. Oddzielam fakty od wyobrażeń. Sprawdzam ostatnie minuty na jawie, ich namacalność realną i fakturę. Czy z mięsa są jeszcze czy z powietrza już. Punkt po punkcie, wyliczam, co zrobiłam jeszcze, a co już wyśniłam. Koloruję dziury w głowie, uzupełniam puste pola. Kartkuję zapiski z nocy, choć na ogół nieczytelne są bardzo, zupełnie jak recepta na wyzdrowienie, jak magiczna formuła dla wybranych. Składam z zapamiętanych barw jakiś obraz, fragmenty prawdziwej historii, skazanej na banicję, która wraca nieproszona i tuła się po mojej głowie. Wie, że kiedy jej już nie słyszę, nic nie mogę z nią zrobić. I kiedy zasnę, niemocą przyciśnięta, ona robakiem drąży dziurę w mojej głowie, pustym śmiechem szydzi i budzi środkiem nocy bez tchu. Bezlitośnie wyciąga mnie z łóżka niemą, rozerwaną. Drwi z moich rozkazów, z mojej rzekomej władzy nad myślą moją.
Kiedy dwa światy zawiążą supeł, już nic nie jest jak przedtem. Żaden kolor nie ma swojego odcienia, żaden dźwięk barwy, bez fałszywego tonu. Zmącona woda.
A ja zdecydowanie wolę luźniejsze sploty. Kiedy przybrudzony dniem jeszcze palec, zanurzam w misce snu. Kiedy resztki językiem zbieram, jak surowe ciasto. Kiedy smakiem niedojrzałym podniebienie raczę. Albo zasuszone już okruszki delikatnie ze spódnicy palcami drobnymi zbieram. Napajam się niedosytem, czyniąc go w ten sposób wyjątkowym.
Wyplatam swoje historie i zapachem snu, jak złotą nicią znaczę. To w moich rękach jest igła i cudze odzienie. A ja jestem ręką snu.

Reklamy