lustro

Paryż to miejsce międzynarodowe. Nie twierdzę, że to miasto dla wszystkich i traktujące wszystkich z taką samą radosną pobłażliwością. Bo z jednej strony łatwo zgubić się w tłumie mieniących kolorów, płaszczyków z aktualnej kolekcji popularnej sieciówki, świateł, klaksonów czy odmieńców. Z drugiej strony, w tej tak wielkiej różnorodności, niezwykle trudno jest znaleźć kogoś, podobnego do siebie.
Ale …
Paryż wspaniale leczy z kompleksów. Nawet największe brzydule.
Tam nie ma czasu na powłóczyste spojrzenia w oknach metra, na tajemnicze uśmiechy od stolika nr 12 do stolika nr 9, na emocjonującą drabinkę pnącą się do pierwszego pocałunku. Pocałunek to nawet nie jest pierwszy szczebel …
W Paryżu pan pojedzie za tobą o kilka stacji za daleko i kiedy wysiądziesz, zaprosi cię na kawę, najchętniej poda ci ją oczywiście o poranku. Zaczeka aż w skończysz rozmowę w budce telefonicznej, bo dźwięk polskich wyrazów jest jak obietnica namiętnej nocy, bez zbędnego wysiłku.
Tak, Paryż oferuje wiele możliwości.
Jak większość młodziutkich Polek niańczyłam cudze dzieci ale jak mniejszość, legalnie. Miałam komfortowe warunki, stresujące wykłady i odprężające wieczory przy wódce.
Wbrew francuskiej mentalności, w mojej pracy, trudno było o rutynę i stałe punkty programu. Myślę, że dzięki temu przeżyłam.
Nie twierdzę, że moja praca była łatwa lekka i przyjemna. Ale miałam wówczas jeszcze dostatecznie dużo energii, bo jakoś logistycznie ogarnąć ten chaos, który niekiedy sama prowokowałam.
W Paryżu nauczyłam się ucinać sobie popołudniowe drzemki, co z kolei pozwalało mi na nocne imprezy w ciągu tygodnia, a czasami nawet na pisanie referatów. Również w Paryżu nauczyłam się nosić ze sobą swoją szczoteczkę do zębów i majtki na zmianę, bo tak zwane spontany potrafiły skończyć się nad ranem, w jakimś przyciasnym pokoiku z ludźmi, których jedynym wspólnym mianownikiem był język francuski.
Dobrze wspominam tamten czas. Ale nie została mi z niego żadna znajomość. Żadnej nie chciałam utrzymać.
W ciągu dnia na ogół byłam grzeczną, odpowiedzialną, młodą osobą. Paryż, o czym nie wspomniałam wcześniej, nauczył mnie też gotować. Różnie z tym gotowaniem bywało, wielkich triumfów nie święciłam ale nie zaliczyłam też większej wpadki, oprócz umorusanych bluzek, w których musiałam wracać do domu (jedyną zmianą, jaką przy sobie na ogół miałam, były majtki).
Mieszkałam w malutkim pokoju przy dość ekskluzywnej ulicy handlowej. Niestety, prestiż dzielnicy nie emanował na wyposażenie mojego lokum, w którym wszystko było dostępne z pozycji łóżkowej, bez wstawania.
Po zakupach, w lustrze nad zlewem, mogłam zobaczyć jedynie swoją twarz, która mogła co najwyżej wyrażać radość z nowych butów czy spódnicy, które mierzyłam jeszcze z metkami. Co prawda byłam na tyle sprawna, że bez większego wysiłku przyłożyłabym nogę z nowym butem do głowy, ale to jednak nie byłoby to samo.
Muszę jednak przyznać, że byłam dzieckiem szczęścia. Bo oprócz niemal codziennego przeglądania się w oczach rozmaitych panów, miałam do dyspozycji cały asortyment witryn. Przecież Paryż to stolica mody. Najlepsza witryna była tuż obok mojej klatki. Mówiłam, że jestem szczęściarą! Mijałam ją codziennie idąc do metra. Szyba była ogromna, ciemna i niemal jak lustro. Nie było widać, co znajduje się po jej drugiej stronie ( kiedyś usłyszałam, że jakiś pusty magazyn) ale nikomu to specjalnie nie przeszkadzało. Niejedna kobieta poprawiała sobie przy niej spódnicę, niejedna sprawdzała nieskazitelność swojego makijażu.
Początkowo bardzo dyskretnie korzystałam z tego daru losu, ale z czasem oswoiłam to uliczne lustro i bez większego pardonu, krytycznym okiem, oceniałam swoją powierzchowność jak i efekty permanentnej diety.
Pewnego dnia, trochę później niż zwykle opuściłam „swoje” dzieci i zmęczona wracałam do „domu”. Kiedy zbliżałam się do „swojego lustra” i już niemal odruchowo, miałam sprawdzić ile schudłam od rana, zaczepił mnie pewien, dość elegancki mężczyzna i zapytał o drogę. Zaczęłam mu precyzyjnie wyjaśniać jak ma iść, kiedy nagle zauważyłam, że on ma na nogach kapcie. Najpierw chciałam się zdziwić, ale mieszkałam tu już dostatecznie długo i wiedziałam, że moda ma wiele twarzy. Po tym spostrzeżeniu, nie zająknąwszy się nawet, kontynuowałam swoje: „musi pan skręcić w prawo a potem…”
I kiedy tak wzrokiem i myślami biegłam tą drogą, o którą mnie poprosił, o kilka kroków przed legendą, która mu skrupulatnie objaśniałam, pan spokojnie mi przerwał i powiedział, że tak naprawdę on dobrze zna tą drogę i że tu mieszka, po czym wskazał na „moje” lustro.
Zanim zdążyłam się zapaść pod ziemię, powiedział mi, że obserwował mnie już od dłuższego czasu i tylko nie mógł się zdobyć na odwagę, żeby mnie zaczepić. A dziś coś go tknęło i kiedy mnie zauważył, wybiegł z wymyśloną naprędce, historią zagubionego turysty. Więc skoro już mu się udało mnie zatrzymać, może zechciałabym do niego wpaść na kawę …

Reklamy

2 thoughts on “lustro

Możliwość komentowania jest wyłączona.