metro na Pradze

Miałam w swoim życiu epizod za granicą. Żadne wielkie rzeczy. Pojechałam odpocząć, a w gruncie rzeczy nigdy nie byłam taka zmęczona, jak wtedy. Mieszkałam w wielkim mieście Paryżu, szlifowałam język i uzupełniałam swoja biblioteczkę o pozycje u nas nie wydawane lub nie wznawiane od lat, jak np. Mechaniczna pomarańcza. ( Czytaliście kiedyś Mechaniczną Pomarańczę po francusku??? No a mnie oczywiście to przyszło do głowy).
Uczyłam się też życia na własną rękę i liczenia na siebie.
To był czas wielkich, kolorowych imprez, zarwanych nocy, zabawy w dom. Czas beztroskiego z dnia na dzień, czas kina i książek. Czasem też czas wykładów.
Paryż ma mocno rozbudowaną sieć metra. W Paryżu trudno się zgubić i trudno być głodnym. Wszędzie można znaleźć jakąś stację metra, tak jak wszędzie można się natknąć na jakiś szyld McDonald’s. Każdy porządny imprezowicz wie, o której godzinie jedzie ostatnie metro do centrum i o której wraca pierwsze. Schodząc do metra jesteśmy niemal w domu i nie ma takiej siły, żeby nie dojechać do celu. Obsługa przesiadek jest prostsza niż wiązanie sznurowadeł. I podobnie jak sznurowanie butów nie wymaga znajomości żadnego języka.
W Paryżu wszyscy jeżdżą metrem. Żebracy, studenci i biznesmeni, mali, duzi, wszyscy. Im dłuższe doświadczenie, tym lepiej wiadomo, w którym miejscu pociągu, na danej stacji wsiąść, żeby było szybciej do wyjścia lub do przesiadki. Wiadomo, które stacje omijać o niektórych porach. W metrze toczy się drugie szczurze życie, z tańcami, muzyką, handlem, tanim podrywem i intelektualną rozmową. Jak na bazarze, jest tam wszystko, a przejazd pociągu jest jak przetasowanie kart, zmienia cały układ pasjansa.
Na początku bardzo lubiłam metro. U nas nie było. A tu taki nieskomplikowany system, kilka minut i jesteś u celu. Możliwości dojechania w jedno miejsce jest wiele, można kombinować. Nie ma nudy. Jeżeli opuścisz jeden pociąg za minutę masz następny. Bajka.
Wówczas po mieście, a raczej pod miastem, jeździły dwa typy wagonów: w jednych szyby odbijały mnie rzeczywistą, w drugich byłam mniejsza i grubsza ( nie pamiętam, które były stare a które nowe). Zdarzało mi się, z oczywistych względów, przepuścić ze 3 składy, żeby wsiąść do tego z normalnymi szybami (w pokoju, w którym mieszkałam, nie było lustra, gdzieś musiałam zobaczyć, czy dobrze wyglądam).
Potem stopniowo miałam dość podziemnego miasta. Zaczęłam jeździć autobusami. Na stałych trasach, metodą prób i błędów, opracowałam najlepsze warianty. Ale w przypadkowych, nagłych przejazdach zdarzały mi się pomyłki doprowadzające mnie do łez.
Przyznaję, poddałam się dość szybko i z pokorą wróciłam do podziemi. Po następnych kilku miesiącach, było mi już wszystko jedno, czym jadę, byle szybko i byle do celu. Myślę, że w paryskim metrze spędziłam niezły kawałek życia. Czasem nawet, zerkając na swoje dłonie, zamiast linii życia, szczęścia i czego tam jeszcze, widziałam linie metra.
Z Paryża niemal bezpośrednio przyjechałam do Warszawy. Wcześniej w stolicy byłam tylko raz, jak miałam 7 lat ( i z tamtego czasu pamiętam, chyba jedyne ruchome schody w Warszawie, w domu handlowym Wars i Sawa). Ale co to dla mnie, przecież jestem światowa. Poradziłam sobie w Paryżu, to co tam taka Warszawa.
Pierwsze mieszkanie miałam przy jednej ze stacji metra na Ursynowie, a pierwszą pracę przy ostatniej wówczas stacji metra, Centrum. Po miesiącu podróży praca-dom, dom-praca, zaczęło mi się wydawać, że dostatecznie oswoiłam miasto ( chociaż wciąż gubiłam się w przejściu koło rotundy). Zaczęłam uruchamiać stare kontakty w stolicy. Jeden z kolegów, ku memu zaskoczeniu, zainteresował się mną jakby bardziej i któregoś wieczoru zaproponował kino. Po telefonicznej konsultacji repertuaru okazało się, że nie ma w kinach nic dla takiego kulturalnego światowca jak ja ( albo już widziałam, albo uznałam za gniot i szkoda mi było czasu) i kolega zaproponował wypożyczenie filmu i seans u niego w domu. Hmm zabrzmiało.
Kiedy po mnie przyjechał, okazało się, że musimy jechać do jakieś wypożyczalni na koniec miasta po film ( bo tam miał kartę i wybór był duży). Nie pamiętam, ile czasu minęło zanim osiągnęliśmy kompromis, ale podejrzewam, że zdążyłabym wziąć prysznic i zrobić sobie nieskazitelny makijaż i miałabym jeszcze czas na pomalowanie paznokci. Kiedy w końcu uradowana wracałam do samochodu, okazało się, że musimy pojechać jeszcze do rodziców po magnetowid, oczywiście na kolejny, inny koniec miasta ( duże miasta mają wiele końców). Kolega zaś mieszkał na Pradze, i był to oczywiście jeszcze inny koniec miasta.
Wreszcie zasiedliśmy do oglądania
Było romantycznie.
Tak romantycznie, że oglądnęliśmy dwa filmy do ostatniego napisu z nazwiskiem asystenta sprzataczki!
Kolega zaproponował, że zamówi mi taksówkę, w końcu Praga, ciemna noc. Moja pierwsza myśl, o boże taksówka, to musi kosztować fortunę (nie było mnie stać na rozrzutność). Szybkie zwarcie półkul. Z jednej strony, nigdy nie byłam damą, mogłam powiedzieć, w czym rzecz, z drugiej strony, niedawno byłam paryżanką, noblesse oblige, n’est-ce pas? Chciałam jakoś wyjść z klasą. Cichutko poprosiłam, żeby się nie kłopotał, przecież jestem duża i mieszkałam w Paryżu, poradzę sobie. Niech mi tylko powie, w którą stronę mam iść, żeby dojść do najbliższego metra.
Kolega okazał się być większym dżentelmenem niż ja damą i nie skomentował.

Reklamy

2 thoughts on “metro na Pradze

Możliwość komentowania jest wyłączona.