wizyta

Kiedy zadzwonił dzwonek domofonu, wcisnęła przycisk, jak co dzień, jak kilka razy na dziennie, jak zawsze. Nie odrywając się od pracy, pobiegła myślom ku nowemu gościowi i zaraz potem wróciła na sam koniec zdania swego obecnego rozmówcy. Zdążyła przed kropką. Pokiwała głową, zadała pytanie, trafiając w samo sedno, jakby nie odbyła tego spaceru do furtki przed chwilą. Kolejny dzwonek, druga brama – drzwi na klatkę i przycisk od domofonu jak enter, wpuszcza kolejną osobę na stronę, gdzie ma się jedno tylko życie ale za to tysiące szufladek, do których pakuje się rozmaite rzeczy.
Jej pokój to była taka sortownia. A ona na kolanach, co godzinę sortowała nasze życie jak pranie. Białe do białego, czerwone z czerwonym, paski do pasków. Bladoróżowy można z jasnym fioletowym ale z tym fiołkowym to nie, bo zafarbuje, przesiąknie i żadna z rzeczy nie będzie taka sama, choć nie koniecznie straci na wartości. Raz po razie, rozkładała spodnie, kurtki, bluzy sprawdzając czy będzie z nich jeszcze jakiś pożytek. Czy wyprać, czy wyrzucić. A może odłożyć na później, nigdy nie wiadomo kiedy się przyda.
Była też jak czuły ogrodnik, kiedy delikatnie ścierała kurz z naszych obwiędłych lub zasuszonych liści. Troskliwie pochylała się nad złamaniami, pęknięciami i głaskała te rany jak zdrowe miejsca, uśmierzając nasz ból.
Była również ścianą, do której można było mówić bez końca, a która jak wytrawny słuchacz zdawała się czekać finału każdej historii bez przerywania. A jej niewzruszone milczenie niejednokrotnie było puentą lub odpowiedzią. Tym milczeniem zdejmowała bagaż i zabierała się do sortowania.
Zostało jeszcze 5 minut do końca spotkania. Ciche, nieśmiałe pukanie zmusiło ją do opuszczenia fotela. Wstawała jakby była jeszcze do niego częściowo przyszyta. Ta chwilowa fastryga spowalniała jej ruch i hamowała naturalną energię. Wysupłując resztki niewidzialnych nitek ze spódnicy, podniosła się i podeszła do drzwi. Otworzyła, uśmiechnęła się. Z drugiej strony również popłynął uśmiech, choć mniej zgrabny, jakby przepraszał, że się pojawił. Kobieta weszła i za gestem jej ręki, wolnym krokiem udała się do drugiego pokoju.
Wróciła do resztek nitek, które jeszcze niepozbierane leżały w fotelu, choć pozrywane już. Powolnym ruchem zaczęła je usuwać, tak jak usuwa się tymczasowy ścieg po skończonej pracy. Znów utkany kawałek obrusa, zalepione czyjeś kolano, posortowane pranie czy podlany kwiatek można odłożyć na półkę. Choć nie na długo.
Pożegnała się, potwierdziła termin kolejnej wizyty i cichutko zajrzała do drugiego pokoju, gdzie siedziała kobieta. Zaprosiła ją do siebie. Usiadły. Kobieta była w podeszłym wieku, choć nie miało to dla niej wielkiego znaczenia.
Wzięła igłę i nitkę i ciepło zapytała:
– Co panią do mnie sprowadza?
– Umieram – powiedziała kobieta – ale to nie jest mój problem.
W milczeniu składała kolejne wyrazy, by w jednym zdaniu powiedzieć, po co przyszła. Żeby zabrzmiało to jak: mam grypę, boli mnie noga, czy nie mogę usnąć.
– Chciałabym … moja matka mnie nie kochała. Chciałabym jakoś z tym umrzeć.
I zaczęły szyć.

dziękuję Pani M. W. za historię, która od lat siedzi we mnie …

Advertisements