wulkan

Mam na imię tęsknota. Jestem wulkanem. Nie śpię, czuwam.
Jestem wojownikiem. Bez chwili spoczynku. Nie walczę, czuwam.
Wołam was do siebie. Was, podróżników, odkrywców, ludzi czynów, zagubionych. Jestem celem dla zdeterminowanych, oszukanych, pozbawionych nadziei, ciekawych. Macham do was dymną ręką i zapraszam na ucztę, na spotkanie, być może ostatnie.
Zapalam fajkę, wolno sączę dym, puszczam kółka dla zabawy, choć większość z was nie chce się wtedy bawić.
Wracacie.
Do swoich bezpiecznych przystani, nudnych minut puszczanych jak kaczki na jeziorze. Do ciągłych marzeń, które puchną, które nadmuchujecie do granic wytrzymałości, żeby pękły, żeby rozbiły się w końcu o ten dzień, w którym możecie je spełnić, o dzień w którym stchórzyliście, bo usłyszeliście mój szyderczy śmiech.
Wracacie.
I czekacie na drogę asfaltową na szczyt, którą przemierzycie w odświętnym ubraniu i wygłaskanej fryzurze, na drogę, która biegnie linią dopracowanego scenariusza, na drogę, która jest wyreżyserowaną grą, bo nie czas i miejsce na spontaniczne zrywy.
I czekacie dmuchając swoje marzenia. Puste baloniki w kolorowe wzory.
A ja nawijam wasze życie na moje palce i wciągam was na linie, jak przyciężki wiekowy fortepian, który dostaje się w spadku. Niby do niczego nie potrzebny a jednak szkoda wyrzucić. Wasze łase spojrzenia podsycają mój ogień, buńczuczność wasza bucha parą. Pniecie się w górę a ja wam szykuje drogę odwrotu, kiedy jeszcze myślicie o szycie, kiedy czujecie już zapach zwycięstwa, kiedy nim otumanieni, zaczarowani idziecie dalej i dalej. Kiedy już czujecie, jak wam się udało, kiedy niemal jestem zdobyta, ujarzmiona, ułaskawiona, kiedy prawie próg przekraczacie, wybucham złością. Za tą hardość, za dumę waszą niczym nieuzasadnioną. Zwijam asfalt jak czerwony dywan po średnio ciekawym festiwalu próżności. I spadacie jak marionetki w otchłań zapomnienia, bo nie jesteście warci, żeby o was pamiętać. Nie wam należą się oklaski.
Macie mi za złe morze łez w najmniej odpowiednim momencie, za lawy błota, kiedy wszystko zaczynało się już prostować, za huragany zniszczeń, destrukcyjny krzyk, za śmierć wszystkich uczuć, którymi was dotychczas karmiłam. Które sami sobie braliście łyżkami jak swoje, jakby wam się należało. Bo jestem, to można brać, bo stoję dumnie i fajkę palę, bo nikt nie patrzy.
Pierwszy wybuch i odchodzicie …
Wracacie do gór, które już wszyscy zdobyli. Ścigacie czas. Kto szybciej, kto więcej, kto pierwszy. Dumni, że uprawiacie taki trudny sport. A imiona jak trofea przypinacie sobie w klapach marynarki.
Kiedy was już nie ma, czekam. Na tego, którego krzyk ostudzi moja lawę. I będzie szedł do mnie każdą ścieżką od początku ale bez końca. Będzie ślady zostawiał jak blizny, kamienie zbierał jak paciorki na sznur korali, który mi wręczy.
I będę płonąć
I nigdy nie zgasnę
Bo jestem wulkanem i czuwam …

Advertisements