Towar wybrakowany

Funkcjonuję na rynku już parę dobrych lat. Paręnaście nawet, ba parędziesiąt, bo przecież para to przynajmniej dwa. A ja mam na myśli nawet więcej niż dwa. Najpierw przeleżałam w magazynie. Na wielkim stosie, z innymi, podobnymi do mnie. Bezwładnie, bezwiednie, bez emocji. Żeby to jakoś ładnie literacko ująć, mogłabym rzec, że czekałam na swój czas. Wiadomo, moda na różne rzeczy powraca i ja pewnie na taki comback czekałam. Niestety jednak, powszechnie znana jest wszystkim złośliwość rzeczy martwych, więc ja, jako rzecz martwa, okazałam się złośliwa. Zaczęłam się marszczyć i psuć. Zanim nadszedł ten mój wielki moment. Ząb czasu zaczął się wgryzać w moje ciało – nie ciało, w to czym byłam. Zastanawiam się niekiedy, że może na tym stosie leżałam tak długo, bo czekałam na jakieś brakujące części – tak, niewątpliwie tak było, bo zauważam brak niektórych, a może dlatego, że innych miałam za dużo – też niewykluczone, wciąż coś rozdaję. Nie wiem, ale uczucie przeterminowania, wybrakowania i przesytu zarazem, mnie nie opuszcza do tej pory. Choć nie wiem jak to możliwe.
Nigdy nie byłam towarem deficytowym, niestety. Jakoś nikt po mnie nie sięgał z zachwytem, kiedy wegetowałam na tym stosie. W sumie nie ma się czemu dziwić. Słyszałam kiedyś o dziecku, które marzyło o misiu. Ale nie nowym, pluszowym, błyszczącym, tylko takim już wytartym na grzbiecie, z wydłubanym okiem i powtórnie przyszywanym nosem. Pokażcie mi to dziecko, a wyprze się swych marzeń.
Kiedy przykrywający mnie kurz, na dobre już się we mnie zadomowił, a zgięcia materiału nieodwracalnie wrysowały się w mój wizerunek, wystawiono mnie na wystawę. Zostałam jednak upchana w cieniu, jak towar drugiego gatunku, bo niby byłam do wzięcia a z drugiej strony, jakoś trudno było we mnie już znaleźć atuty, którymi mogłabym przyciągnąć czyjś wzrok. A może po prostu zabrakło mi dobrego marketingu? Albo ładnej sukienki, różowej kokardki i tego wszystkiego, co tworzy miłą powierzchowność?
Aż w końcu znalazł się kupiec! Ach co to był za bal! Nabywca to krawiec o wielkim talencie. Zszywał, przerabiał, reperował, łatał, prasował, kurczył i rozciągał. W wyniku tych wszystkich zabiegów liftingująco-tuningujących, mogłabym stanąć na jednej półce z nowym misiem i lalką Barbie, gdybym tylko zechciała. Ale będąc w rękach takiego krawca, któżby chciał półek szufladek i innych sortowni? Stałam się miękka jak plastelina, giętka jak guma, nauczyłam się powtarzać jak papuga i można mnie było pokazać światu. A mnie ten świat tak zachwycił! Z wybrakowanego towaru w zapomnianym magazynie przeszłam na drugą stronę lustra. Do świata! I niczym nie różniłam się od innych! Jaki wyleniały misiu o tym nie marzy?
Tańczyłam w rytm powszechnych melodii, a wszyscy bili mi brawo.
Rozdawałam puste uśmiechy i w odpowiedzi otrzymywałam jeszcze większy i jeszcze bardziej pusty uśmiech. Czyż dobro nie powraca?
Niestety złośliwość rzeczy martwych zaskakuje w najmniej odpowiednich momentach. Pewnego dnia napięte gumki zaczęły pękać, szwy się rozeszły a pozostałe części zaczęły wracać do swych dawnych kształtów. W wyniku ciągłych modyfikacji, naciągania i dopasowywania, niektóre fragmenty zaczęły odpadać, inne stały się jak rozciągnięta na zawsze sprężyna. Ale show must go on. Nie chcąc sprawiać przykrości mojemu mistrzowi, ukrywałam jak mogłam, ubytki i niedoskonałości. Bo czy ktoś lubi jak się wali jego zamek z piasku? Desperacko, z poczuciem winy za niezbyt wytrzymały materiał, z którego zostałam zrobiona, skrzętnie ukrywałam te druty, kółeczka i tłumiki, które nagle zaczęły wystawać.
Nie starczyło na długo. Bokami zaczęła wychodzić wata, która od wewnątrz czyniła mnie podobną do ludzi. Głos zaczął się zacinać, zrzędzić i przycichać. Pękałam w szwach coraz bardziej i nawet coraz to wymyślniejsze ubranka nie były w stanie tego ukryć. Byłam skazana na stos… towar nie nadaje się do naprawy, w uzasadnieniu: wady produkcyjne; naprawa przekracza koszty produkcji. Gra nie warta świeczki. Nazwijcie jak chcecie…
Są światy, które do nas nie należą, szuflady, do których się nie mieścimy i wystawy, na których nie powinniśmy się pojawić.
Są defekty i wady, których nie da się naprawić.

Reklamy