miłość

Gabrysia kochała swoja córkę. Bo jakże tu nie kochać własnego dziecka. Jak matka, której własna matka co niedzielę, odsłuchuje z pobożną miną, mszę w radio, a odkąd jest na emeryturze pewnie nawet częściej, jak córka takiej matki, mogłaby nie kochać własnego dziecka? Gabrysia więc kochała swoje dziecko, choć niejako z urzędu. Obowiązek ten przygniatał ją z każdym dniem coraz bardziej ku ziemi i ciążył, jak bagaż od lat niesiony pod górę. Jak rosnąca sterta wniosków od nachalnych petentów. Bo córka Gabrysi zawsze w oczach miała drukowane pismo z prośbą o małą choćby czułość. W tajemnicy, przed sobą nawet, odliczała dni do końca tej katorgi. Nie mogła robić tego jawnie, przed sama sobą nie mogła się do tego przyznać, bo świadomość ta mogłaby ją uwolnić i oswobodzić, a lekkość i ulga nie były przewidziane w scenariuszu jej życia. Przekonana była, że życie to pokuta, za inne grzechy, nie swoje może, ale jak je dobrze odpokutuje, wystarczająco pokornie, milcząco i cierpiętniczo, to gdzieś tam, w tym punkcie, którego tak usilnie wypatrywała, będzie czekała na nią nagroda. Jeszcze nie potrafiła sobie wyobrazić jaka, ale była przekonana, że jest duża, czerwona i obwiązana wielką błyszczącą kokardą.
Żyła więc z wyprzedzeniem, z wzrokiem, myślami i duchem usadowionymi już przed tą wielką paczką. Nieświadomie tylko odwlekała moment otwarcia, przekonana, że im bardziej się teraz natrudzi tym bardziej prezent ja pozytywnie zaskoczy.
Z niemal zaciśniętymi zębami i ukrywanym musem, zajmowała się swoją córką, w sposób, który osoba patrząca z zewnątrz mogłaby nazwać nawet troskliwym. W jej przekonaniu dziecko niewiele różniło się od nakręcanej marionetki, której o wyznaczonych porach trzeba dać jeść pić, wykąpać i położyć spać. I to wystarczy. Sumiennie i uczciwie spełniony obowiązek rodzicielski.
Dla Gabrysi w ogóle życie wydawało się takim koniecznym obowiązkiem. Bała się nim zachwycić i czerpać z niego jakąś radość, więc wszystko robiła jakby sobie na przekór. Pod górę, ponad siły, im mniej z tego korzyści tym lepiej. Potem pomyślała sobie jeszcze, że dodatkowe punkty można zdobyć, uszczęśliwiając innych. Żyjąc dla nich, sprawiając im radość i niespodzianki. Liczyła też po cichu, że dobro dane, będzie wracać. Ale z powrotem wracał jedynie jakiś niesmak, rozczarowanie, coś, co jakby zgubiło się w czarnym lesie i błądzi. Gabrysia nie mogła tego pojąć. Tak się starała cierpiała, tyle sobie odmawiała a wszystko, co miała do oddania i oddawała odbijało się pustym dźwiękiem jak kamień rzucony do pustego wiadra.
Obowiązek miłości wobec bliźniego i poświęcenia spełniany każdego dnia i odfajkowywany wyrwaną kartką z kalendarza, zapisała sobie więc jako pokutę, cierniste krzewy przez które musiała teraz przejść.

Reklamy

One thought on “miłość

Możliwość komentowania jest wyłączona.