fragment

No bo jak tu tak nagle podzielić ten świat na pół? Którędy przebiegnie granica? Komu dać las, komu wodę? Jak podzielić niepodzielne, rozmnożyć niepłodne?
Gabrysia była jak kara za nadmierną miłość do Hani. Urodziła się z wyrokiem, wytatuowanym w dniu dwóch kresek. I te dwie kreski nosiła na czole, żeby nikt nie zapomniał. Kreski rosły wraz z nią tak, aby w miarę upływu lat, nie zniknęły, nie zmieniły się w zmarszczki, nie zagubiły w bruzdach skóry. Te kreski później odziedziczyła jej córka, jakby w odwecie za jej krzywdę. Gabriela marzyła, aby wraz z narodzinami pojawiły się na czole jej pierwszego dziecka. Liczyła, że w ten prosty sposób je odda, że się od nich wyzwoli, dwóch prętów klatki, w której została zatrzaśnięta.
Ale się nie udało.
Gabrysia podświadomie czuła, że wszystko, co ma jest Hanki. Wyszarpnięte, boleśnie, gwałtownie. Ograbiła ją, okradła i teraz żyje na jej koszt, resztkami jej życia, tym, co ona odrzuca jako zbyteczne, niepotrzebne, bezużyteczne. Czuła, że zawsze musi być jej wdzięczna za to życie jak cień, jak szelest fałdów jej ślicznej sukienki, ślad zlizanej już pomadki.
Nie mogła się skarżyć na swój los. Innego nie znała. W końcu każdy żyje tylko raz i nie ma dwóch własnych istnień do porównania. Przyjęła napisany dla niej scenariusz i grała go z takim zaangażowaniem i oddaniem, że potrafiła zadziwić samą siebie. Zawsze gotowa ustąpić, pełna poświęcenia, nie z serca, ze scenariusza. Tak jej napisano i tak ma grać. Bez dyskusji, pytań czy nie możnaby, choć raz inaczej. Pan reżyser ledwo podniósł palec a ona już stała we wskazanym miejscu, potulna, pokorna bez sprzeciwu.
Hanka natomiast bez sprzeciwu podjęła się roli tej starszej siostry, Balladyny, gotowej zabić za koszyk malin. Jej malin przecież.
Ich wąskie horyzonty nie wykraczały poza kierunek wskazany przez ojca czy matkę, reżyserów, artystów rzeźbiarzy w zbyt miękkiej glinie.

Reklamy