Wsiąść do pociągu

Dwa razy dziennie mijała dworzec. Pociąg z Wrocławia do…, pociąg z Jeleniej Góry do…. Huk dworca, smród smażonych frytek, starego oleju, przypalonego czegoś, co sprzedają jako mięso. Stęchlizna zalegająca w niedomytych kątach, piętrząca się w zamkniętych pomieszczeniach. Smród stałych i przelotnych mieszkańców, bywalców, turystów, podróżnych i przechodniów. Kwiaciarki z asortymentem rozłożonym pod toaletą. Fryzjer z poprzedniej epoki, księgarnia i tłum ludzi. Wszystko to w wielkiej dziurze bez okien, oddechu świeżego powietrza, zupełnie jak w innym świecie. I kobiety za ladą jakieś inne. Życie trzeciej kategorii. O jedno piętro niżej. A ona dzień w dzień, rano i wieczorem przemierzała te zatłoczone korytarze i między anonsami o kolejnych przyjeżdżających i odjeżdżających pociągach, jak między kroplami zbyt zimnego deszczu, biegła do domu. Minęła chwila, zanim oswoiła się z meandrami korytarzy, ale potem już mknęła nimi niczym kret, przed siebie na oślep, ale zawsze prosto do celu. Z czasem, z biegiem lat, zaczęła zazdrościć ludziom przy kasach biletowych. Czeka ich podróż, droga, zmiana, chwilowa przestrzeń pomiędzy, gdzie nie będą już tu a jeszcze nie tam. Transformacja. Przenikniecie światów, przejście z jednej szklanej kuli do drugiej. Zapowiadane pociągi kusiły coraz bardziej, ale ona, na sprężynce obowiązków, przywiązana do biurka i kuchni, nie mogła sobie pozwolić na wsiąśćdopociągubylejakiego. Sprężynka nie była aż tak elastyczna. Każdy łańcuch ma gdzieś swój koniec. Biegała więc tymi korytarzami, zaglądając w historie ludziom na peronach. I marzyła. Choćby Gdańsk, Łódź, Kraków. Gdziekolwiek. Wsiąść, pojechać, być kimś innym. Być drogą, podróżą. Być łącznikiem między fazami życia, między wagonami towarowego. Zatrzymać czas na trochę, pomyśleć. Znaleźć swoje ręce, uśmiech w niedomytej szybie. Umościć się w niewygodnym i brudnym fotelu i jechać w nieznane, z biletem nawet w jedną stronę. Albo zasnąć i obudzić się gdzie indziej, bez bagażu. Zacząć coś od nowa, inaczej, bez błędów. Nie pruć starych szwów i nie fastrygować od nowa, ale uszyć coś z czystego, nowiuteńkiego materiału. Po swojemu tym razem. Nie być tym, który czeka na dzwonek listonosza z telegramem o jakiejkolwiek treści, który wyrwałby z apatii i bierności. Ale być telegramem, listem, nawet z jednym tylko zdaniem. Być treścią przeznaczoną dla kogoś. Mieć adresata. Początek i koniec. Taki luksus mieć. Ale nawet rozmarzenie, zamyślenie, tak dalekie w swej przestrzeni, że ginęło jej z oczu, nie wybiło jej z rytmu sprężynki. Dom, praca, dom. Sprężynka się kurczy i rozciąga. Czasem czuje, jak odciska się jej na twarzy, nogach, dłoniach. Jak przerdzewiałe jej końce ugniatają ją między żebrami. Skrzętnie więc ukrywa rany pod bluzkami. Ciemnymi okularami. I głęboko w duszy marzy, żeby skręcić w stronę peronów, nie minąć ich z boku jak zawsze, lecz obrać kierunek turysty z walizką. Raz udać, że odjeżdża. Raz być dla kogoś tą, która niezależna, sama, wybiera swoją drogę. Być panią w drodze, z walizką. Panią skądś – dokądś. Panią z przyszłością na stacji końcowej, nawet nieokreśloną. Panią bez sprężynki, wolną. Tą, która bez obaw przemierza światy, zmienia je jak przedziały, wagony w pociągu, w poszukiwaniu dogodnego miejsca dla siebie i najsympatyczniejszych współtowarzyszy. Ktoś na nią spojrzy i pomyśli, że jest jej dobrze, że ma drogę przed sobą, dokądś, że ją w ogóle ma. Będzie płynącą rzeką a nie zastygłym w bezruchu kamieniem. Na chwilę, na niby. Jeżeli już nie wsiąść, to chociaż udać, że zamierza to zrobić. Gdyby tak tylko na chwilę skręcić w stronę peronów. Potem się cofnie, wróci na stare tory, niby, że zmieniła zdanie, że ONA zmieniła zdanie, SAMA. Że przemyślała i ZDECYDOWAŁA inaczej. Że nie pojedzie, jeszcze nie tym razem, albo nie o tej godzinie, że tylko na chwilę odwleka decyzję. Ale chociaż udać, że zbiera się do podróży, że jest gotowa…Raz poczuć, że mogłaby pojechać, że mogłaby wsiąśćdopociągubylejakiego.
Im dłużej o tym myśli, tym bardziej tego pragnie. Im bardziej pragnie, tym bardziej staje się to rzeczywiste, realne, możliwe. Biegając wyślizganym torem, niemal odczuwa wiatr pląsający po jej głowie, kiedy otwiera okno pędzącego pociągu. Już prawie w głowie gra stukot kół. I już wie, że chociaż wiatr czuje tylko „prawie”, i że to tylko przedsmak, a granica miedzy tym, co jest a co być może, jeszcze nie pękła i dwa światy nie zlały się w jedno, jest jeszcze szansa, że wsiądzie do pociągu. Ustąpcie jej wówczas miejsca, będzie zmęczona.

Reklamy