sprzed wielu lat – odgrzebane

Ona chyba się zakochała. Tym razem jakoś tak bardziej bez sensu i tak szybko…
Patrzę na nią czasem, jak biegnie gdzieś ulicą, ze wzrokiem utopionym w krokach, których jeszcze nie postawiła. Widzę jak mylą jej się drogi. Jest a jakby jej nie było. A to takie oczywiste.
Wygląda jak nastolatka, jak wtedy gdy miała 20 lat i gdy tak naiwnie dała sie nabrać na proste dźwieki dobrze znanych słów. Potem, kiedyś znów tak samo dała się ponieść. I tak jak dziś błagała, by czas płynął szybciej. I czekała. Życie jest naprawdę poczekalnią.
Zraniona tyle razy, kroczy w całkiem dopasowanym teatralnym kostiumie, jak w obronnej zbroi, co swym ciężarem zapewnia przyczepność do ziemi.
Mam wrażenie, że jest jeszcze bardziej skryta. Zawsze to, co najbardziej jej dotyczy dusi w sobie. Znów czeka z myślami, pragnieniami, którym ujście może dać jedynie wybuch. A ona chyba się wstydzi. Własnych uczuć się wstydzi. Jest w nich jakiś starch, obawa, przed następną klęską może.
Ma zapadłe, zmęczone ale rozmarzone i nieobecne oczy. Boi się. Chciałaby nie mysleć, ale nie potrafi.
Jakieś środki nasenne i nic. Zbyt wczesne poranki, całodzienne zmęczenie a energię pochłania strach. Gdyby tylko potrafiła się uwolnić.
Gdyby była trochę silniejsza, miała trochę więcej odwagi.
Myślę, że z czasem będzie jej coraz trudniej a potem już za późno na heroiczne zrywy. Boję się, że ona za chwilę zginie pod ciężarem własnych kostiumów. Boje się, że ona-ta część mnie za chwilę wypełni mnie całą. I bedę musiała odejść razem z nią. I pewnie na tym starcę
okolice 2000r

* * *

Są takie słowa, które można udźwięcznić tylko ciałem. Ruch dłoni, dotyk, spojrzenie… są jak puch, lekkie, delikatne, ulotne. Dotykają jak muśnięcie skrzydeł motyla, są jak nocny szept.
Są jakby ich nie było, są nieistnieniem, nienazwaniem. Są wyobraźnią.
Rozpierzchają się gdzieś potem, pomiędzy fantazje, sny pragnienia i gdzieś tam pozostają w tej iluzorycznej przestrzeni. Jakby nigdy nie dane i nie odebrane, a przecież były… między nami.
Moje są w poczekalni. Wciąż wierzę w ich istnienie, bo chcę by skrzydła motyla zmieniły się w cegły, z których zbuduję fundament
ok 2000/2001r

* * *
Czasem gdy patrzę, wszystkie kształty miękną. Falują iluzorycznym ruchem. Przedmioty stają się miękkie i nabierają konsystencji mazi, galarety, charakterystycznej w swych drgawkach, po dotknięciu. Zupełnie jakby wszystkie atomy nagle zaczęły tracić przyczepność. Jakby ulegały chwilowej rebelii, jakby chciały zmienić rzeczywisty stan rzeczy.
Bo do kogo należy rzeczywistość? Czy jej odbiór należy do nas i w jakim stopniu?
Skąd mam wiedzieć, że świat nie jest złudzeniem? Że nie jestem tworem czyichś lub co gorsza swoich własnych urojeń. Może jestem tylko samotną, zakompleksioną komórką, która z własnych wyobrazeń, utkała sobie ubranko. Pancerz ochronny by strzec swej małości i słabości przed okrutnym zwierzęciem świata.
Może zagubiłam się we własnej formie. A może ja, komórka, rozlałam sie po własnej formie i jest mnie mniej. Swą rozlazłością i rozproszonością przyczyniłam sie do własnej zguby. Może powinnam o tym milczeć…
Reklamy