czekanie

Podobnie jak cisza, fascynuje mnie czekanie. Przecież wciąż na coś czekamy, a hasło życie to poczekalnia, stało się banałem do bólu tanim i wytartym. A jednak czekamy.
Nie wiem, jak się czeka, na coś, co ma datę, co jest punktem w programie, nieodzownym. Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić, tego drżenia rąk wraz z upływem minut, miękkich kolan, głosu grzęznącego w gardle, bo niewątpliwie takie syndromy muszą towarzyszyć zbliżaniu się do punktu kulminacyjnego. Potem wybuch i nic.
Wolę obracać ten moment w palcach niczym złoty medalik na szyi. Przyglądać mu się raz z prawej strony, raz z lewej, z góry i z dołu, przymierzać do moich codziennych i świątecznych kreacji. Wyobrażać sobie, jaka dzikość serca mnie ogarnia, melancholia lub złość. Analizować stop klatki powtarzać, nagrywać duble, żeby było perfekcyjnie. I następnego dnia, od początku, znów i znów od nowa, aż mi się znudzi i zmienię poczekalnię.
Czerpię szczęście z tej niepewności efektu, z tego niecierpliwego czekania, niegasnącego żaru, który mam jedynie za szybką wyobraźni. Wciąż czekam, a marzenia jak kościoły barokowe, są pełne przepychu. Bo wciąż dolepiam kolejne obrazy, upiększam elementy, dorzucam ozdoby i pozłacam, pozłacam, aż do omdlenia rąk i wyschnięcia serca, bo złoto nigdy mi się nie kończy.
Najbardziej lubię czekać na wybuchy wygasłych już wulkanów.
Staram się jak mogę wzniecić w nich ogień, który przecież kiedyś się tlił, choć nie dla mnie może.
A tu nic, ani popiół ani dym.
Nie dla mnie rozogniony żar ani nawet przygasłe światełko.
Pora zabrać stąd wytarty już tobołek. Przywdziać zastygłe od czekania drewniaki i pójść w świat.
Tylko z tego czekania, tak trudno mi wstać…

Reklamy