c.d. 4 Katarzyna

Obudziłam się jakoś inaczej, Katarzyny jeszcze nie dawały znać o sobie. Pewnie spały, niech śpią, i mnie się należy trochę spokoju. Obiłam sobie znów łokcie w moim pokoju dwa na dwa, kiedy próbowałam umyć zęby. Leniwa kawa i jakiś poranny program w obcym języku, w obcym kraju wśród obcych ludzi. Jak mi tu było dobrze. W końcu, bez żadnych konsekwencji i wytykania palcami, mogłam być obca. I nie było to dziwne, nie było fanaberią czy przejawem przeintelektualizowania, tylko tak zwyczajnie, faktem. Dobrze się z tym czułam, bez przebieranek strojnych, min dopasowanych do okoliczności. Gesty były proste, płynne, bez ukrytych znaczeń. Słowa niosły treść słownikową. Komunikacja zachodziła. Głowa była nabita kolorowymi pejzażami, pełna zaspanych myśli, które zawsze mogły poczekać do jutra. Nigdzie mi się nie spieszyło. Życie przede mną nie miało znaczenia. Życie w ogóle nie miało znaczenia. Liczyłam się ja, dla samej siebie. Byłam kluczem do skrzyni skarbów i zarazem tą skrzynią.
Katarzyny wciąż nie dawały znać o sobie. Zapowiadał się naprawdę piękny dzień. Czerwiec słońce, gwarne ulice. Czułam się wolna. Cudowne uczucie, jakbym miała się za chwilę oderwać i polecieć z wiatrem, jakbym była najpiękniejsza wonią unoszącą się z bukietu polnych kwiatów. Uśmiechałam się i oczy mi się śmiały. Radosne były moje ręce, promieniałam. Tylko czasami serce zaczynało bić jakby spadało obijając się o ściany pustej studni, niepokojąco i nierówno. Może to Katarzyny próbowały zakłócić mój spokój?
Wyszłam na ulicę. Gapiłam się w chodnik i niebo na przemian. Tłumy obijały się o moje ramiona, szturchały mnie skórzane teczki z laptopami, a ja przeglądałam się szczęśliwa w szybach wystaw.
Stopniowo zaczęłam przenosić swój wzrok na ludzi. Poczułam się jakoś tak swojo, jak u siebie. Jakbym spotkała wszystkie dzieciaki z mojego podwórka, z którymi chowałam się po bunkrach i bawiłam w podchody. Albo jakbym szła do szkoły swoją zwyczajową drogą, przez wiadukt o godzinie 7.00 spotykając codziennie te same osoby. Przestałam się czuć obco. Jakbym została znów wepchnięta w przyciasny kaftanik znacząco ograniczający moje ruchy. Jakby mi ktoś zabandażował myśli, bo głowa nagle była pusta. Znów byłam marionetką w rękach złośliwego szydercy. Wolności ci się zachciało! Swobody myślenia, wiatru i zapachu, natury! Głupia ty!
A słońce świeciło jak gdyby nic się nie stało i wiatr wiał jakby ten sam, tylko mnie już nie unosił. Ludzie jakby się rozstąpili i przestali mnie szturchać. Kłaniali mi się i uśmiechali tak jakoś niespokojnie. Twarze ich, jakby znajome, próbowały mi udowodnić, że jestem wśród „swoich”, że znów jestem tamtą mną którą zaczęłam być jako dziecko a która już nie była mną. Czułam się osaczona. Znów w ciasnej klatce konwenansów, wśród ludzi, którzy wymagali ode mnie rzeczy, których nie potrafiłam dać. Ludzi, którzy kazali mi się dopasowywać. I teraz próbowali ze środka chodnika zepchnąć mnie na prawą stronę, żebym poszła z nurtem. Równym krokiem, jak wszyscy, idź do przodu, nie wychylaj się, bo Cię jeszcze kto potrąci. Jakbyś się nie wychylała, to i tak na tym stracisz. Pod prąd chodzą wybitni. A ty bez pomysłu na życie, sama nie wiesz, czego chcesz a pchasz się na ulicę. Czysta głupota!
Te twarze były znajome. Z przedszkola, szkoły, podwórka, koloni. Z obozu harcerskiego z egzaminu na studnia. Ze starszych i młodszych lat studiów. Z widzenia i znajomi na „cześć”, i ci, z którymi czasem było miło zatrzymać się na słówko. Znajomi z imprezy, na której pierwszy raz piłam wódkę. Znajomi znajomych… ani jednej obcej osoby. Pogubiłam się, nie wiedziałam którą sobą mam być. W który gorsecik się wcisnąć. Łzy nawet nie przychodziły. Miałam wokół siebie same znajome twarze, ale ze znajomych uczuć nie ogarniało mnie żadne. Nie czułam nic, nawet pustki, zupełnie jakby mnie nie było.
Wtedy wszystko stało się jasne. Zrozumiałam dlaczego Katarzyny nie dawały o sobie znać przez tyle czasu. Nie odpoczywały. Już ich nie było, bo naprawdę i mnie nie było. Ludzie kłaniali się sobie a nie mnie, a ja istniałam tylko w swojej wyobraźni.

Reklamy